czwartek, 6 października 2011

Joanne Harris, Świat w ziarnku piasku

Po przeczytaniu Czekolady byłam pewna, że po książki tej autorki jeszcze sięgnę. I tak się stało. Chociaż na półce stoją niedawno zakupione Rubinowe czółenka będące kontynuacją Czekolady, najpierw sięgnęłam po biblioteczny egzemplarz powieści Świat w ziarnku piasku.
Ponownie Joanne Harris zabrała mnie w wykreowany przez siebie świat na pozór realny i rzeczywisty, ale jednocześnie pełen magii.

Madeleine Prasteau, zwana przez wszystkich Mado, jest główną bohaterką a jednocześnie narratorką powieści. Urodziła się i większość swojego dzieciństwa spędziła na wyspie Le Devin u wybrzeży Wandei w osadzie zwanej Les Salants. Jednak jej matka, która pochodziła z kontynentu, nie mogąc przyzwyczaić się do wyspiarskiego życia, postanowiła opuścić wyspę i wraz z Mado udała się do Paryża. Teraz Mado, po śmierci matki, postanowiła powrócić do rodzinnej miejscowości. Nie było jej dziesięć lat. Mado cieszy się z powrotu, a jednocześnie ma pewne obawy. Zastanawia się jak przyjmie ją ojciec, który do tej pory nie odpisał na żaden z jej listów; jak przyjmą ją pozostali mieszkańcy wyspy.

Po przyjeździe Mado zauważa spore zmiany i to niestety zmiany na gorsze. Mieszkańcy Les Salants mają problemy z połowem ryb i homarów, część wioski została zalana, woda wdziera się na ląd zabierając fragmenty wybrzeża. A wszystkiemu winne są przypływy i odpływy, które zmieniły swój kierunek. 
Niepokojące jest jednak to, że mieszkańcy Les Salants nie podejmują walki o swoją wioskę. Żyją zasklepieni w  swojej tradycji i przesądach; ważniejsze są dla nich stare, zadawnione animozje niż potrzeba współdziałania. Tak więc naprawdę nic się nie zmieniło.

Mado nie miała zamiaru zostawać tu dłużej. W Paryżu zostawiła swoje małe mieszkanko i chciała tam wrócić. Teraz jednak uświadomiła sobie, że należy do społeczności Les Salants, że wyspa jest jej prawdziwym domem. Postanawia więc pomóc mieszkańcom wioski, zmusić ich do współpracy, do walki o plażę, o ziemię wciąż zabieraną przez morze. Niespodziewanie dla siebie znajduje oparcie w przybyszu, cudzoziemcu. Richard Flynn, zwany przez mieszkańców Les Salants Rougetem dla swojej rudej czupryny, jest tajemniczym mężczyzną, przybyłym z kontynentu, który szybko zjednuje sobie przychylność wyspiarskiej społeczności. 
Czy Mado i Flynnowi uda się zmienić mentalność tej tradycyjnej społeczności? Czy zwaśnione rodziny będą w stanie zapomnieć o wzajemnej niechęci i połączyć siły w walce z houssinianami? Czy Mado uda się naprawić stosunki z ojcem - małomównym, zamkniętym w sobie, rozgoryczonym, żyjącym przeszłością dziwakiem? I oczywiście czy Mado i Flynna połączy uczucie, czy będą potrafili znaleźć drogę do siebie, czy będą mogli sobie zaufać?

O tym wszystkim można przekonać się sięgając po  powieść Joanne Harris Świat w ziarnku piasku. Czyta się ją szybko i przyjemnie. Autorka stworzyła barwny świat wyspiarskiej społeczności. Ukazała trudy, uciążliwości i niebezpieczeństwa życia na wyspie. Jednocześnie nie pominęła jego piękna, które tkwi w zmaganiu się z trudnościami, w pokonywaniu własnych słabości, w dążeniu do zrozumienia siebie i do realizacji swoich marzeń. 

Niewątpliwym plusem powieści są ciekawe, barwne i sugestywne postaci bohaterów. Mieszkańcy Les Salants to ludzie nietuzinkowi, skrywający wielkie tajemnice, odważni, prawi, twardo stąpający po ziemi. Matthias Guenole, jego syn Alain i wnuk Ghislain, Aristide Bastonnet i jego wnuk Xavier, Capucine, Toinette, Cloude Brismand i przede wszystkim Gros Jean - ojciec Mado - to tylko niektórzy z przewijających się na kartach powieści bohaterów. Każdy z nich jest inny, niepowtarzalny. 

Wielką sympatią darzyłam główną bohaterkę. Mado jest osobą, która łączy w sobie siłę, wolę walki, wytrwałość w dążeniu do celu, upór z wrażliwym  usposobieniem. Jest zarazem twarda i delikatna. Jest twardo stąpającą po ziemi realistką i marzącą o miłości i bliskości romantyczką. Nie poddaje się przeciwnościom, nie rezygnuje,  potrafi zapanować nad rozgoryczeniem. Jednocześnie łatwo ją zranić. 

Książkę, jak już pisałam, czyta się szybko. Akcja może nie porywa swoją wartkością, toczy się w sobie właściwym tempie, tempie życia na wyspie, gdzie czasem długi czas nic się nie dzieje, a czasem przebieg wydarzeń jest tak gwałtowny, że trudno za nim nadążyć. Autorka pobudza też naszą ciekawość utrzymując ją w pełnej gotowości, poprzez misternie skonstruowaną sieć tajemnic i niedomówień. Chcąc je rozwiązać, chcąc się czegoś dowiedzieć - pochłaniamy historię opowiedzianą przez Mado. I choć zakończenia niektórych wątków są przewidywalne, to są momenty, w których autorka potrafi nas zaskoczyć i wytrącić nasze myśli i przypuszczenia z utartych kolein.

Świat w ziarnku piasku to może nie literatura przez ogromne L, ale na pewno dobra powieść do przeczytania w wolnej chwili. Powieść, która poprawi nasze samopoczucie, która umili nam czas spędzony na plaży (myślę, że bardzo dobrze czytałoby się ją właśnie nad morzem, gdy fale obmywają nasze stopy a my zażywamy słonecznej kąpieli) lub pod kocem przy buzującym na kominku ogniu i z kubkiem parującej kawy w ręku.

Moja ocena: 5/6

Ps. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz - dlaczego książkę tą umieszczono w bibliotece na półce z fantastyką. Owszem jest w niej odrobina magii, ale ....

sobota, 1 października 2011

Wakacyjnych wspomnień czar (część trzecia)

Ostatnio mam czytelniczy zastój. Jest on w dużej mierze spowodowany "Panią Bovary", którą to zaczęłam czytać tydzień temu i nie mogę jakoś skończyć. 
Postanowiłam więc zamieścić ostatni odcinek moich wakacyjnych karkonoskich wspomnień. 
Dziś Zamek Chojnik.


Położony jest niedaleko Jeleniej Góry-Sobieszowa na szczycie góry Chojnik. Już z daleka widać bielejące wśród zieleni ruiny tego przepięknego niegdyś zamku.
Pod koniec XIII wieku śląski książę Bolesław Rogatka wzniósł na górze drewniany  dworek myśliwski, który prawdopodobnie w połowie XIV wieku został rozbudowany i zamieniony w warowny zamek przez wnuka Władysława Łokietka Bolka II Małego. Na skutek różnych perypetii zamek przeszedł w ręce króla Czech Karola Luksemburskiego. Nie na długo jednak, bo po śmierci księcia Bolka powrócił do jego żony Agnieszki Habsburskiej. Ta podarowała go w dzierżawę rycerzowi Gotsche Schoff II, który był protoplastą jednego z najznamienitszych rodów śląskich - Schaffgotschów.  Od tej pory zamek znajdował się w rękach członków tej rodziny, którzy pieczołowicie o niego dbali i zajęli się jego rozbudową. Już rycerz Gotsche Schoff II wybudował kaplicę zamkową. Potem jego następcy wzmocnili fortyfikację zamku, dobudowali wiele pomieszczeń gospodarczych, a w XVI wieku powstaje loch głodowy i 4-osobowy kamienny pręgierz. 




Zamek wielokrotnie bronił się przed najazdem nieprzyjaciół; zresztą jako jego usytuowanie na szczycie góry nie zachęcało do częstych najazdów. 
W XV wieku w okresie wojen husyckich właściciele Chojnika okryli się złą sławą raubritterów czyli rycerzy trudniących się zawodowo rozbojem na drogach. Łupili oni okoliczną ludność oraz kupców wrocławskich podróżujących do Czech. 
Ciekawa historia związana jest z Hansem Ulrykiem Schaffgotschem, który w czasie wojny trzydziestoletniej był stronnikiem cesarza i służył w wojsku Albrechta Wallensteina. Po jego zamordowaniu utracił, jako sprzymierzeniec generała, łaski cesarza - został aresztowany, a potem stracony , a zamek Chojnik okupowały wojska cesarskie. Po zakończeniu wojny w 1648 roku  powrócił do rąk rodziny Schaffgotschów, jednak z powodu zniszczeń wojennych i splądrowania pomieszczeń zamkowych, właściciele nie zamieszkali na zamku lecz w nowym pałacu  w pobliskim Sobieszowie. 






31 sierpnia 1675 roku podczas szalejącej w okolicy burzy piorun uderzył w basztę i w ciągu kilku chwil budynki zajęły się intensywnym ogniem. Po kilku godzinach po siedzibie wielkiego rodu pozostały jedynie ruiny i zgliszcza. Zamku nigdy nie odbudowano.
Jednak jego ruiny przyciągały podróżnych. Wielu turystów odwiedzało Chojnik w pisując się do księgi pamiątkowej. Pierwsze wzmianki o tej księdze pochodzą z lat 80-ych XVIII wieku. Po II wojnie światowej księga ta zaginęła. Wiadomo jednak, że został wydany tomik wierszy "Dzikie róże", w którym umieszczono wybrane wiersze zapisane przez turystów właśnie w tej księdze. 
Na początku XIX wieku powstaje u stóp wzgórza gospoda dla turystów odwiedzających ruiny, a w 1860 roku zostaje utworzone w północnej baszcie schronisko turystyczne "Na Zamku Chojnik", które działa do dziś.



Do zamku prowadzi malownicza droga w górę zbocza góry Chojnik. Można ją pokonać albo bardziej stromym zboczem, albo dużo łagodniejszą drogą, którą można do zamku dostać się nawet samochodem (oczywiście nie jest to możliwe dla turystów).
My wybraliśmy bardziej strome podejście. Droga prowadziła wśród lasu i dopiero pod koniec wspinaczki naszym oczom ukazały się otoczone zielenią ruiny zamku. Na zamkowym dziedzińcu można usiąść i posłuchać opowieści o historii zamku oraz legendy o pięknej i okrutnej Kunegundzie. 
Z dziedzińca prowadzą schody na basztę, a z niej podziwiać można piękną panoramę okolic a także pozostałości po zamkowych pomieszczeniach i dziedzińcach. 
Moi mężczyźni, zarówno ten duży jak i ten mały, mogli sprawdzić swoją celność strzelając do tarczy z kuszy. Nawet udało im się trafić w tarczę!!!!. 



Od lat 90-tych XX wieku zamek stał się siedzibą Bractwa Rycerskiego Zamku Chojnik i odbywają się tu jedne z największych w Polsce zawodów kuszniczych "O Złoty Bełt Zamku Chojnik". 
Ruiny zrobiły na nas ogromne i niezapomniane wrażenie. 

 Na zakończenie moich wspomnień jeszcze parę słów o Parku Miniatur Zabytków Dolnego Śląska. Powstał on w Kowarach na terenie fabryki dywanów. Znajduje się w nim ponad czterdzieści modeli najważniejszych zabytków Dolnego Śląska wykonanych w skali 1:25. Można tam spotkać modele śląskich pałaców, zamków, świątyń, ratuszy, a także całe starówki miast dolnośląskich. Nie zabrakło też modelu Śnieżki z wybudowanym na szczycie schroniskiem oraz kaplicą św. Wawrzyńca. Można też zobaczyć jak wyglądało stare schronisko na Śnieżce. 
Miniatury stoją pod gołym niebem, na rozległych trawnikach w otoczeniu pięknej zieleni drzew i umieszczonych w wiklinowych gazonach uroczych i bajkowo kolorowych kompozycji kwiatowych. Część miniatur znajduje się w pawilonie. 


Zapomniałabym o Świątyni Wang turystycznej atrakcji Karpacza. Jest to popularna nazwa Kościoła Górskiego Naszego Zbawiciela będącego siedzibą parafii ewangelickiej.

Ta drewniana świątynia powstała na przełomie XII i XIII wieku w Norwegii jako jeden z około tysiąca kościołów klepkowych. Wybudowano ją bez użycia gwoździ, wszystkie elementy połączone są przy pomocy drewnianych złączy ciesielskich. Do XIX wieku stała ona w miejscowości Vang nad brzegiem jeziora o tej samej nazwie. Kiedy okazała się zbyt mała na potrzeby miejscowych wiernych, by zdobyć fundusze na budowę nowego kościoła, postanowiono ją sprzedać. Nabywcą okazał się król pruski Fryderyk Wilhelm IV. Miała ona zostać przewieziona do berlińskiego muzeum. Kiedy jednak dotarła do Szczecina król za namową zaprzyjaźnionej z nim hrabiny Fryderyki von Ryden z Bukowca zmienił zdanie i zgodził się by świątynię zawieźć na Śląsk.  I tak Świątynia Wang stanęła w Karpaczu i stała się kościołem dla miejscowych ewangelików. Podczas prac konserwatorskich została rozbudowana. Dobudowano także murowaną dzwonnicę chroniącą Świątynię przed wiatrem znad Śnieżki. 
Niestety do wnętrza Świątyni Wang nie udało się nam wejść ponieważ było już zbyt późno. Mam jednak nadzieję, że jeszcze kiedyś zawitam do Karpacza i nadrobię zaległości w zwiedzaniu. 

I tak zakończyły się moje karkonoskie wakacyjne wspomnienia. Na długo pozostaną one w mojej pamięci, a mam nadzieję jeszcze kiedyś w Karkonosze pojechać. 

Zdjęcia:

1. Wejście do ruin zamku
2,3,4. Widok ruin na zewnątrz
5,6,7. Wnętrze ruin
8,9. Widok na ruiny z baszty zamkowej
10, 11. Droga na Zamek Chojnik
12. Tarcza, do której strzelali moi panowie
13. Kolejna próba strzelecka Jasia
14. Wejście do pawilonu w Parku Miniatur
15. Miniatura zamku w Ksiażu
16. Zamek Czocha
17. Bazylika Mniejsza w Krzeszowie
18. Cerkiewka w Sokołowsku Najmniejsza miniatura w parku)
19. Mały staw i jedna z kwiatowych dekoracji.
20, 21, 22. Świątynia Wang w Karpaczu

środa, 28 września 2011

Wojciech Tochman, Bóg zapłać

"Nie chcę kogokolwiek swoim pisaniem wzruszać. Staram się pisać tak, by poruszać, wstrząsać. Z takiego poruszenia coś może dobrego wyniknąć, ze wzruszenia najwyżej mokra chusteczka"*

Tak o swoim pisarstwie powiedział w jednym z wywiadów znany i ceniony polski  reporter - Wojciech Tochman.
Czy rzeczywiście jego reportaże mogą poruszyć czytelnika, wstrząsnąć nim na tyle, by zechciał się choć przez chwilę zatrzymać, zastanowić nad przeczytanym właśnie tekstem? Na to pytanie mogłam udzielić sobie odpowiedzi czytając ostatnio wydaną  przez Wydawnictwo Czarne książkę Wojciecha Tochmana Bóg zapłać
Jest to zbiór 14 reportaży, z których większość była już publikowana we wcześniejszych jego książkach  - Schodów się nie pali  oraz Wściekły pies.

Te 14 reportaży to 14 perełek polskiej prozy publicystycznej. To 14 perfekcyjnie  wycyzelowanych opowieści o pogmatwanych ludzkich losach. Każda z nich mogłaby być scenariuszem pełnometrażowego filmu, który wzbudzałby całą gamę emocji i po obejrzeniu którego większość widzów  mogłaby zakrzyknąć "To było dobre, ale w prawdziwym życiu takie historie się nie zdarzają." A jednak Tochman swoich historii nie tworzy, nie wymyśla,  lecz opisuje prawdziwe losy prawdziwych  bohaterów. Są nimi zarówno ludzie dobrze znani polskiemu czytelnikowi (Wanda Rutkowska, Tomasz Beksiński), jak i ci, o których do tej pory  nie słyszeliśmy, a często nie podane jest nawet ich nazwisko, są dla nas anonimowymi  postaciami (jak choćby bohaterowie pierwszego reportażu Bóg zapłać, których znamy jedynie jako On i Ona).

Każda z tych 14 historii porusza do głębi, każda z nich ukazuje obraz polskiej mentalności.  Demaskuje nasze ludzkie słabości: obłudę, zacofanie, fałszywą religijność, bezmyślność, egoizm,  ale z drugiej strony ukazuje też przykłady ludzkiej solidarności, ofiarności, miłości bliźniego, bezinteresowności. I choć tych drugich postaw jest zdecydowanie mniej to jednak Tochman nie traci wiary w człowieka, można by rzec w jego człowieczeństwo. Przynajmniej ja to odbieram w ten właśnie sposób. Mimo ukazanego ogromu bólu, cierpienia, samotności, niezrozumienia - ten zbiór reportaży nie jest pesymistyczny. Jest w nim bowiem miejsce dla takich wspaniałych ludzi jak Zdzisław (Gislao) Borowiec, pielęgniarka Renata z reportażu Schodów się nie pali czy szef Jana Mana, bohatera reportażu Człowiek, który powstał z torów. To właśnie oni przywracają nam wiarę w dobroć i bezinteresowność człowieka, w jego życzliwość.

Muszę przyznać się do tego, że rozpoczynałam lekturę tej książki z postanowieniem - jeden reportaż dziennie (bo przecież w końcu muszę przeczytać coś na wyzwanie Reporterskim okiem). Z mojego postanowienia nic nie wyszło. Pochłonęłam ją w dwa wieczory rzucając w kąt czytaną w tym samym czasie "Panią Bovary".
Reportaże Tochmana "pobiły na głowę" powieść o losach znudzonej, szukającej romantycznej miłości, żonie prowincjonalnego lekarza. 
Co sprawiło, że książkę polskiego reportera czytałam z takim przejęciem i zainteresowaniem? Może jego styl - oszczędny, ale bardzo dosadny; może język - prosty, zrozumiały, jednocześnie nie stroniący od pięknych metafor, porównań, epitetów. A może sprawili to bohaterowie reportaży i ich zagmatwane, trudne historie - tak nieprawdopodobne, a jednocześnie mogące się przydarzyć każdemu z nas bądź z naszych znajomych. I wtedy pojawia się pytanie - co ja bym zrobiła na ich miejscu, jak bym się zachowała, co bym czuła? A odpowiedź na nie jest trudna - tak jak trudne są problemy poruszane przez Tochmana. "Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono" mówi Wisława Szymborska. I tę prawdę możemy zastosować udzielając sobie odpowiedzi na postawione wcześniej pytanie. Bo ja nie potrafię tak do końca przewidzieć jak postąpiłabym w ekstremalnej dla siebie sytuacji, w jakiej stawiani byli przez życie bohaterowie Tochmana. 
Czy reportaże Tochmana poruszają, wstrząsają? Zdecydowanie tak. Każdy z nich z osobna i wszystkie razem. 

Polecam gorąco tym, którzy jeszcze ich nie znają. Naprawdę warto poświęcić im chwilę swojego cennego czasu. Tym bardziej, że czyta się te reportaże bardzo szybko, z wielką ciekawością i zainteresowaniem. 

Moja ocena: 6/6

* Wikicytaty, źródło: Wściekły, Exlusiv

poniedziałek, 26 września 2011

Wakacyjnych wspomnień czar (cześć druga)

Miałam bardzo zajęty weekend. Wczoraj najpierw spotkanie rodzinne przy obiedzie i kawce (musiałam też trochę pomóc organizatorce w przygotowaniach), a potem druga rodzinna uroczystość -  a właściwie dwie. Mój wujaszek obchodził 90-te urodziny, a oboje z ciocią właśnie dziś świętują 63 lata wspólnego pożycia małżeńskiego. Jak patrzę na cyfry, które przed chwilą napisałam, to myślę sobie, że nie każdemu jest dane obchodzić takie piękne rocznice. I dochodzę do wniosku, że nie ma co narzekać tylko trzeba się cieszyć czasem nam danym.

A dziś był ciąg dalszy rodzinnych spotkań. Przy kawce wspominaliśmy, rozmawialiśmy, oglądaliśmy zdjęcia. Wpadły mi w oko także te z ostatnich wakacji. To było tak niedawno, a wydaje się jakby całe wieki minęły.
Postanowiłam więc znów trochę wakacyjnie powspominać na swoim blogu i stąd ten wpis. 
Dziś o dwóch wodospadach znajdujących się w okolicy Szklarskiej Poręby.
Pierwszy z nich to Wodospad Kamieńczyka. Jest to najwyższy wodospad w Karkonoszach. Woda spada trzema kaskadami z wysokości 27 metrów. Widok jest imponujący i zapiera dech w piersiach. Szczególnie jak się stoi na dole w Wąwozie Kamieńczyka. Wąwóz ma około 100 metrów długości, a szerokość w niektórych miejscach nie przekracza 3-4 metrów. Można tam zejść po uprzednim wykupieniu biletu i otrzymaniu kasku. 
Za środkową kaskadą wodospadu znajduje się grota wykuta prawdopodobnie przez Walończyków, którzy wydobywali z niej pegmatyty i ametysty. Zwana jest dziś Złotą Jamą. 
Wodospad można podziwiać także z miejsca widokowego usytuowanego na górze. Nieopodal znajduje się schronisko Kamieńczyk. Tędy też prowadzi dalej szlak na Szrenicę. Tam niestety się nie wybraliśmy. Mieliśmy w planach Śnieżkę i uważaliśmy, że na tak krótki pobyt zdobycie jednego szczytu naszym dzieciom w zupełności wystarczy. 

Wodospad Kamieńczyka był atrakcją turystyczną już w XIX wieku. Wtedy też wybudowano tu pierwszy taras widokowy. 
Związana jest z nim także ciekawa legenda. Podobno miał on powstać z łez siedmiu rusałek, które opłakiwały śmierć jednej z nich i jej ukochanego Kamieńczyka Bronisza. Młody chłopak wybrał się w góry w poszukiwaniu szlachetnych kamieni, które miały pomóc jego chorej matce. Rusałka zakochała się w nim i pomogła mu w poszukiwaniach. Chłopak także ją pokochał i obiecał powrócić. Kiedy niecierpliwa zakochana rusałka wyszła mu na spotkanie ujrzała jak Kamieńczyk spada w przepaść. Zrozpaczona rzuciła się za nim. Jej siostry rusałki tak 
długo płakały nad smutnym losem zakochanych, aż z ich łez powstał wodospad. 

Drugim wodospadem, który mogliśmy podziwiać był Wodospad Szklarki. Jest to drugi co do wielkości wodospad w Karkonoszach. Usytuowany jest w środkowej części Wąwozu Szklarki. Woda spada z wysokości około 13 metrów najpierw dość szeroką kaskadą potem zwężającą się ku dołowi i spiralnie skręconą. Wodospad można podziwiać ze specjalnie wybudowanej platformy. Nieopodal wodospadu znajduje się schronisko Kochanówka, które mieści się w zabytkowym budynku powstałym w II połowie XIX wieku. 
Z tym malowniczym miejscem również związana jest legenda. Tym razem opowiada ona o Duchu Gór - Karkonoszu - oraz małej dziewczynce, córce Szklarza, którą nazywano Szklarką. Pewnego dnia spotkała ona Karkonosza, który był bardzo zasmucony. Dziewczynka miała dobre serce, żal jej się zrobiło Ducha Gór i postanowiła go rozweselić. Od tego dnia bardzo się zaprzyjaźnili. Karkonosz podarował jej kiedyś małą sarenkę. A w okolicy mieszkał smok Krak. Nie naprzykrzał się  on zbytnio ludziom, ale zwierzęta atakował. Karkonosz zorientował się, że małej i jej sarence grozi niebezpieczeństwo. Ratując dziewczynkę rzucił kamieniem w głowę smoka. Niestety chybił. Kamień spadł w sam środek potoku powodując jego pęknięcie. Krakowi nic się nie stało. Niestety mała Szklarka spadła w przepaść. Karkonosz pobiegł na miejsce wypadku i zobaczył martwą dziewczynkę, a na jej nogi spadała z góry kaskada wody. 
Bardzo lubię legendy, więc i te mnie urzekły. Także oba przepiękne wodospady.


I tak tworząc ten wpis znów przekroczyłam północ siedząc przed komputerem. Jeszcze tylko wybiorę zdjęcia i szybciutko wsunę się pod cieplutką kołderkę by przed snem jeszcze trochę poczytać. 

Zdjęcia:

1. Wodospad Kamieńczyka - widok z górnej platformy widokowej.
2. Widok na Wąwóz Kamieńczyka. Te kolorowe drobinki to kaski turystów. 
3. Wodospad Szklarki.
4. Droga do Wodospadu Szklarki - prowadziła wzdłuż bardzo malowniczego potoku.

czwartek, 22 września 2011

Naomi Novik, Smok Jego Królewskiej Mości

Dziś trochę bardziej rozrywkowo. W ramach stosikowego losowania (jeszcze sierpniowego) zostałam zobligowana do przeczytania pierwszego tomu cyklu Temeraire Naomi Novik.  Książkę tę kupiłam zachęcona notką na okładce. To był właściwie impuls. Jest to książka fantasy, a z tym gatunkiem do tej pory właściwie nie miałam do czynienia. Ale jednocześnie z zapowiedzi wynikało, że jest to nietypowe fantasy, bo połączone z powieścią historyczną. I tu tkwił właśnie haczyk, na który się złapałam - czasy napoleońskie. To jest to co misie lubią najbardziej. A jak dodać do tego postanowienie aby jednak zapoznać się z literaturą fantasy - nie było wyjścia. Książkę zamówiłam 
Czego się spodziewałam i czy się na niej zawiodłam? I tak i nie. Śpieszę z wyjaśnieniami. 
Zawiodłam się na wątku historycznym. Po pierwsze nie wpadłam na to, że jak autorka anglojęzyczna to raczej sympatią do Napoleona nie pała. Więc oczywiście są czasy napoleońskie - mamy tu bowiem wspomnianą wyprawę do Egiptu, koronację cesarską a punktem kulminacyjnym jest bitwa pod Trafalgarem - ale bohaterami są Anglicy, a Francuzi i Napoleon to ci źli. Zresztą realiów historycznych bardzo mało, tyle, aby czytelnik rzeczywiście poczuł, że wydarzenia te miały kiedyś miejsce, że akcja toczy się w rzeczywistym, znanym nam świecie. Na plan pierwszy jednak wybija się warstwa fantasy.
I ty znów zostałam mile zaskoczona. Ponieważ jednym z dwóch głównych bohaterów jest smok. A smoki to znów coś co misie lubią najbardziej. Uwielbiałam w dzieciństwie słuchać bajek o smokach i zawsze trochę mnie złościło, że przedstawiano je jako groźne i nieprzyjazne ludziom stworzenia. A mnie się wydawało, że smoki powinny być dobre, miłe i sympatyczne. Dlatego kochałam Smoka Wawelskiego z Porwania Baltazara Gąbki. To był właśnie wizerunek smoka z jakim mogłam się zgodzić. I proszę, po tylu latach znów mogłam spotkać takiego smoka. Temeraire jest bowiem niezwykle sympatycznym i do tego niebywale inteligentnym smokiem. Więc jak mogłam nie pokochać tej książki, jak mogłam nie czytać jej z zainteresowaniem. To był powrót do czasów dzieciństwa, czasów bajek, podań i baśni. 
Will Laurence jest kapitanem fregaty Reliant. Swoją przyszłość wiąże z karierą w Marynarce Wojennej. I nagle jego życie ulega drastycznej przemianie, która początkowo wytrąca go z równowagi. Anglicy na zdobytej francuskiej fregacie znaleźli smocze jajo, z którego  lada moment miał się wykluć smok. Aby nie stał się on dzikim smokiem należało zaraz po wykluciu nadać mu imię i nałożyć uprząż. Jednak osoba, która miała tego dokonać już na zawsze musiała zostać opiekunem smoka. Dla marynarza oznaczało to rezygnację z pływania i wstąpienie do Korpusu Powietrznego. Dzięki splotowi niefortunnych dla siebie zdarzeń to właśnie Willa wybrał sobie nowo narodzony smok. I tak Laurence stał się opiekunem Temeraire'a. Nie będę przedstawiać tutaj dalszych losów bohaterów - zainteresowanych odsyłam do książki. Chcę jednak napisać o nich parę słów.
Temeraire jest niesamowicie sympatycznym smokiem. Całkowicie oddanym swojemu kapitanowi. Jest bardzo pojętny, uczy się nadspodziewanie szybko, łatwo przystosowuje się do całkowicie nowych dla niego warunków. Jest też niezwykle inteligentny. Uwielbia kiedy Laurence mu czyta, chce się zapoznać z teatrem, pójść na koncert. Z czasem okazuje się, że kwestie matematyczne potrafi prędzej i lepiej zrozumieć niż jego opiekun. Ale przede wszystkim cenię Temeraire'a za jego dobroć, mądrość, pozytywne nastawienie do ludzi i smoków oraz jego wierność i miłość do Laurence'a.
Kapitan jest także ciekawą postacią. Początkowo nastawiony negatywnie do zmiany swego losu, zaczyna stopniowo przywiazywać się do swojego smoka. Rodzi się między nimi prawdziwie głęboka więź. Jeden jest w stanie oddać życie dla drugiego. Ponadto Laurence jest człowiekiem honoru, prawym, wrażliwym na krzywdę drugiej istoty. Jest surowym acz sprawiedliwym dowódcą. Potrafi bronić swego stanowiska, umie się także przyznać do błędu. No cóż - prawdziwy ideał. Jakże by mogło być inaczej w takiej "bajkowej" opowieści. 
I co jest ważne książkę czyta się bardzo dobrze i szybko. Akcja nie nuży. Autorka wciąż zaskakuje nas jej niespodziewanymi zwrotami. Jeżeli znamy historię - pewnych rzeczy możemy się domyślić, ale to nie zmniejsza naszego zainteresowania. Oczywiście, jak w baśni, wszystko zmierza do szczęśliwego zakończenia. Nie brak jednak wzruszających momentów - zawsze się wzruszam kiedy mowa o zwierzętach, a przecież smoki, nawet gadające, takowymi są. 
Czy warto przeczytać? Zależy co kto lubi. Jest to bowiem powieść fantasy, którą czyta się lekko, łatwo i przyjemnie przede wszystkim dla rozrywki. I nic więcej, a może aż tyle. Czasem warto także zatrzymać się nad takim czytadłem po prostu tak dla przyjemności. 
Specjalnie nie będę biegać za dalszymi częściami cyklu, ale jak mi wpadną w ręce - to czemu nie. Może wtedy, gdy mnie dopadnie chandra - usiądę pod kocem, wtulę się w swojego kota i znów powrócę do krainy dzieciństwa, gdzie smoki gadają ludzkim głosem. Czemu nie.......

Moja ocena: 5/6 (to przede wszystkim dla sympatycznego smoka)

wtorek, 20 września 2011

Dorota Terakowska, Tam gdzie spadają Anioły

"Mamo! Mamusiu! Anioły fruną po niebie!" Już te pierwsze słowa powieści Doroty Terakowskiej wprowadzają na w przepojony tajemniczością świat małej Ewy. Ewa ma pięć lat. Jest spokojnym, mądrym dzieckiem, nie stwarzającym problemów swoim wiecznie zajętym rodzicom (mama wciąż rzeźbi, a tata jest naukowcem - informatykiem, dla którego świat wirtualny jest bardziej prawdziwy od realnego). Można nawet zaryzykować twierdzenie, że Ewa jest dziwnym dzieckiem. Bo czy ktoś widział pięciolatkę, która potrafi sama sobie zorganizować czas, nie marudzi, nie zanudza rodziców pytaniami. A taka właśnie była Ewa. Tylko babcia okazywała jej większe zainteresowanie, więc to właśnie z nią łączyła dziewczynkę szczególna więź. To babcia także powiesiła nad jej łóżeczkiem "kiczowaty" obrazek przedstawiający Anioła Stróża przeprowadzającego dwójkę dzieci przez kładkę nad przepaścią. I tego dnia kiedy Ewa wbiegła do pokoju mamy krzycząc, że Anioły fruną po niebie, a nie doczekawszy się zainteresowania z jej strony, pobiegła za nimi aż do lasu, babcia odnalazła obrazek rzucony na ziemię, a Anioł był całkowicie zniszczony. Tylko nigdzie nie było dziewczynki. Dorośli znaleźli ją w kłusowniczym dole. A obok niej leżało wielki, białe pióro.
Co zobaczyła w mała Ewa nad lasem? Dlaczego od tego dnia często ulegała różnym mniej lub bardziej niebezpiecznym wypadkom? Kim jest Bezdomny, który pojawił się w okolicy zaraz po wypadku Ewy? Dlaczego na gałęzi przed oknem dziewczynki siada wielki czarny ptak?
 

Dorota Terakowska prowadzi swoją narrację na dwóch płaszczyznach. Jedna - to historia małej Ewy. Druga - to opowieść o losach białego Anioła Ave oraz czarnego Anioła o imieniu Vea. Te dwie opowieści przenikają się nawzajem, gdyż jak łatwo się domyślić Ave jest Aniołem Stróżem Ewy.
Tam gdzie spadają Anioły to ciepła powieść o miłości, przyjaźni, o zawiłościach i meandrach ludzkiego losu, o nieszczęściu, chorobie, cierpieniu, o wzajemnej bliskości, niesieniu pomocy. Dorota Terakowska pokazuje nam, że w życiu ważne są wszystkie chwile: te radosne, pełne optymizmu, szczęścia, i także te trudne, przynoszące ból, cierpienie, rozpacz. Jej powieść możemy także odczytać jako współczesną powiastkę filozoficzną zawierającą rozważania na temat Dobra i Zła istniejącego w świecie.
Dobro i Zło jest nierozłączne, jedno nie może istnieć bez drugiego.

"Albowiem Dobro osiąga siłę tylko wtedy, gdy świadomie walczy ze Złem. Dobro nie wystawione na pokusy traci na wartości, jest jak fałszywe złoto." (s. 75)

"Dobro musi być świadomym wyborem, a nie jedyną możliwością." (s. 77)

"A my bez was ulegamy zwyrodnieniu, a zwyrodniałe Zło, nieograniczone walką z Dobrem, jest groźne i obrzydliwe." (s. 91)

Innym ważnym problemem poruszanym przez autorkę jest odwieczny konflikt wiary i rozumu, który w  czasach rozwoju cywilizacji jest nie mniej, a może nawet bardziej aktualny. Jeden z bohaterów powieści, ojciec Ewy, w obliczu niespotykanych i niecodziennych wydarzeń, o które "potyka" się jego racjonalizm mówi:
"Nigdy nie traktowałem serio niczego, czego się nie da zważyć, zmierzyć, rozłożyć na atomy i precyzyjnie opisać. A może jednak istnieją zjawiska i rzeczy, których nie da się zbadać naukowymi metodami?" (s. 114)

"Sensem wiary jest bezgraniczna ufność, a sensem wiedzy są dowody. Wiara jest tam, gdzie nie ma dowodów." (s. 137)

O tym przekonali się bohaterowie powieści, a przede wszystkim rodzice Ewy. Ich życie bardzo się zmieniło. Zrozumieli prawdy, które były dla nich ukryte. Zrozumieli także, że prawdziwe człowieczeństwo kształtuje się w cierpieniu. Ale poznali też co oznacza słowo nadzieja. Tak jak Dobro nie może istnieć bez Zła, tak odwiecznym towarzyszem cierpienia jest nadzieja.

Co tu dużo mówić znów zakochałam się w książce pani Doroty. Najpierw była Poczwarka, teraz powieść o Aniołach. Pokochałam ciepło i optymizm jej powieści. Bo chociaż pisze o chorobie i cierpieniu to jej utwory nie są przygnębiające, a właśnie niosą człowiekowi pociechę. Pokazują jak piękny może być świat, napawają nadzieją, radością i optymizmem. Zawierają i budzą wiele pozytywnych emocji.

Cieszę się, że powieść ta znalazła się na liście lektur gimnazjalnych (tak przynajmniej poinformowała mnie uprzejma pani w bibliotece). Mam nadzieję, że młodzi czytelnicy przyjmą ją ciepło i nie będą żałować czasu spędzonego z jej bohaterami.

 Moja ocena 5+/6

Ps. Być może właśnie taki obrazek wisiał nad łóżeczkiem Ewy (zdjęcie pochodzi z internetu).

niedziela, 18 września 2011

Virginia Woolf, Orlando

"To było dzieło intelektualistki - które, mimo to, było proste, zachwycające i przystępne w narracji."  Tak o tej powieści Virginii Woolf pisał jej siostrzeniec Quentin Bell tuż przed publikacją Orlanda we wrześniu 1928 roku.Także jej siostra Vanessa pisała z Londynu, że "wielką ekscytację budzi tutaj nowa książka Virginii"

Z czego wynikało tak wielkie zainteresowanie powieścią Virginii Woolf? Czym różniła się ona od innych?
Orlando to biografia, która rozpoczyna się w XVI wieku w czasach panowania królowej Elżbiety I, a trwa do czasów współczesnych autorce tj do roku 1928 (Virginia ukończyła powieść w marcu tego roku). To biografia pięknego, młodego chłopca, ulubieńca królowej, i biografia dojrzałej kobiety. Orlando i Orlanda. Mężczyzna i kobieta. Dwie osoby - a może jedna?

Trudno mi pisać o tej powieści by nie wyjawić zbyt wiele, by nie zepsuć przyjemności czytania tym, którzy jeszcze z tą książkę się nie zapoznali. 
A warto. Bowiem całkowicie zgadzam się ze słowami siostrzeńca Virginii. Orlando niewątpliwie napisany został przez intelektualistkę. Widać to zarówno w rozważaniach dotyczących literatury angielskiej , jak i w opisie zmian zachodzących w mentalności społeczeństwa angielskiego na przestrzeni czterech stuleci. Ważne i poczesne miejsce w powieści zajmują także rozważania na temat istoty i sensu ludzkiego życia oraz płci, a właściwie  odmienności w postrzeganiu siebie jako kobiety i siebie jako mężczyzny.
Jednocześnie powieść czyta się bardzo dobrze, ponieważ nie jest przeintelektualizowana. Virginia Woolf pisze prosto i przystępnie, dociera do każdego czytelnika. Potrafi zaciekawić, poruszyć, pobudzić do myślenia, do zastanowienia się nad życiem, nad sobą - kim jestem, do czego zmierzam. 

Cóż tu więcej dodać. Książka ta wywarła na mnie silne, niezapomniane wrażenie. A mimo to trudno mi o niej pisać. Brakuje doświadczenia by w bardziej profesjonalny sposób dokonać jej oceny. A jako laik potrafię napisać tylko tyle: warto sięgnąć po Orlanda, a powiem więcej - warto zapoznać się bliżej z twórczością Virginii Woolf ( co zapewne uczynię niestety w bliżej nieokreślonym czasie).

Moja ocena: 5+/6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...