Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 października 2011

Joanne Harris, Świat w ziarnku piasku

Po przeczytaniu Czekolady byłam pewna, że po książki tej autorki jeszcze sięgnę. I tak się stało. Chociaż na półce stoją niedawno zakupione Rubinowe czółenka będące kontynuacją Czekolady, najpierw sięgnęłam po biblioteczny egzemplarz powieści Świat w ziarnku piasku.
Ponownie Joanne Harris zabrała mnie w wykreowany przez siebie świat na pozór realny i rzeczywisty, ale jednocześnie pełen magii.

Madeleine Prasteau, zwana przez wszystkich Mado, jest główną bohaterką a jednocześnie narratorką powieści. Urodziła się i większość swojego dzieciństwa spędziła na wyspie Le Devin u wybrzeży Wandei w osadzie zwanej Les Salants. Jednak jej matka, która pochodziła z kontynentu, nie mogąc przyzwyczaić się do wyspiarskiego życia, postanowiła opuścić wyspę i wraz z Mado udała się do Paryża. Teraz Mado, po śmierci matki, postanowiła powrócić do rodzinnej miejscowości. Nie było jej dziesięć lat. Mado cieszy się z powrotu, a jednocześnie ma pewne obawy. Zastanawia się jak przyjmie ją ojciec, który do tej pory nie odpisał na żaden z jej listów; jak przyjmą ją pozostali mieszkańcy wyspy.

Po przyjeździe Mado zauważa spore zmiany i to niestety zmiany na gorsze. Mieszkańcy Les Salants mają problemy z połowem ryb i homarów, część wioski została zalana, woda wdziera się na ląd zabierając fragmenty wybrzeża. A wszystkiemu winne są przypływy i odpływy, które zmieniły swój kierunek. 
Niepokojące jest jednak to, że mieszkańcy Les Salants nie podejmują walki o swoją wioskę. Żyją zasklepieni w  swojej tradycji i przesądach; ważniejsze są dla nich stare, zadawnione animozje niż potrzeba współdziałania. Tak więc naprawdę nic się nie zmieniło.

Mado nie miała zamiaru zostawać tu dłużej. W Paryżu zostawiła swoje małe mieszkanko i chciała tam wrócić. Teraz jednak uświadomiła sobie, że należy do społeczności Les Salants, że wyspa jest jej prawdziwym domem. Postanawia więc pomóc mieszkańcom wioski, zmusić ich do współpracy, do walki o plażę, o ziemię wciąż zabieraną przez morze. Niespodziewanie dla siebie znajduje oparcie w przybyszu, cudzoziemcu. Richard Flynn, zwany przez mieszkańców Les Salants Rougetem dla swojej rudej czupryny, jest tajemniczym mężczyzną, przybyłym z kontynentu, który szybko zjednuje sobie przychylność wyspiarskiej społeczności. 
Czy Mado i Flynnowi uda się zmienić mentalność tej tradycyjnej społeczności? Czy zwaśnione rodziny będą w stanie zapomnieć o wzajemnej niechęci i połączyć siły w walce z houssinianami? Czy Mado uda się naprawić stosunki z ojcem - małomównym, zamkniętym w sobie, rozgoryczonym, żyjącym przeszłością dziwakiem? I oczywiście czy Mado i Flynna połączy uczucie, czy będą potrafili znaleźć drogę do siebie, czy będą mogli sobie zaufać?

O tym wszystkim można przekonać się sięgając po  powieść Joanne Harris Świat w ziarnku piasku. Czyta się ją szybko i przyjemnie. Autorka stworzyła barwny świat wyspiarskiej społeczności. Ukazała trudy, uciążliwości i niebezpieczeństwa życia na wyspie. Jednocześnie nie pominęła jego piękna, które tkwi w zmaganiu się z trudnościami, w pokonywaniu własnych słabości, w dążeniu do zrozumienia siebie i do realizacji swoich marzeń. 

Niewątpliwym plusem powieści są ciekawe, barwne i sugestywne postaci bohaterów. Mieszkańcy Les Salants to ludzie nietuzinkowi, skrywający wielkie tajemnice, odważni, prawi, twardo stąpający po ziemi. Matthias Guenole, jego syn Alain i wnuk Ghislain, Aristide Bastonnet i jego wnuk Xavier, Capucine, Toinette, Cloude Brismand i przede wszystkim Gros Jean - ojciec Mado - to tylko niektórzy z przewijających się na kartach powieści bohaterów. Każdy z nich jest inny, niepowtarzalny. 

Wielką sympatią darzyłam główną bohaterkę. Mado jest osobą, która łączy w sobie siłę, wolę walki, wytrwałość w dążeniu do celu, upór z wrażliwym  usposobieniem. Jest zarazem twarda i delikatna. Jest twardo stąpającą po ziemi realistką i marzącą o miłości i bliskości romantyczką. Nie poddaje się przeciwnościom, nie rezygnuje,  potrafi zapanować nad rozgoryczeniem. Jednocześnie łatwo ją zranić. 

Książkę, jak już pisałam, czyta się szybko. Akcja może nie porywa swoją wartkością, toczy się w sobie właściwym tempie, tempie życia na wyspie, gdzie czasem długi czas nic się nie dzieje, a czasem przebieg wydarzeń jest tak gwałtowny, że trudno za nim nadążyć. Autorka pobudza też naszą ciekawość utrzymując ją w pełnej gotowości, poprzez misternie skonstruowaną sieć tajemnic i niedomówień. Chcąc je rozwiązać, chcąc się czegoś dowiedzieć - pochłaniamy historię opowiedzianą przez Mado. I choć zakończenia niektórych wątków są przewidywalne, to są momenty, w których autorka potrafi nas zaskoczyć i wytrącić nasze myśli i przypuszczenia z utartych kolein.

Świat w ziarnku piasku to może nie literatura przez ogromne L, ale na pewno dobra powieść do przeczytania w wolnej chwili. Powieść, która poprawi nasze samopoczucie, która umili nam czas spędzony na plaży (myślę, że bardzo dobrze czytałoby się ją właśnie nad morzem, gdy fale obmywają nasze stopy a my zażywamy słonecznej kąpieli) lub pod kocem przy buzującym na kominku ogniu i z kubkiem parującej kawy w ręku.

Moja ocena: 5/6

Ps. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz - dlaczego książkę tą umieszczono w bibliotece na półce z fantastyką. Owszem jest w niej odrobina magii, ale ....

czwartek, 22 września 2011

Naomi Novik, Smok Jego Królewskiej Mości

Dziś trochę bardziej rozrywkowo. W ramach stosikowego losowania (jeszcze sierpniowego) zostałam zobligowana do przeczytania pierwszego tomu cyklu Temeraire Naomi Novik.  Książkę tę kupiłam zachęcona notką na okładce. To był właściwie impuls. Jest to książka fantasy, a z tym gatunkiem do tej pory właściwie nie miałam do czynienia. Ale jednocześnie z zapowiedzi wynikało, że jest to nietypowe fantasy, bo połączone z powieścią historyczną. I tu tkwił właśnie haczyk, na który się złapałam - czasy napoleońskie. To jest to co misie lubią najbardziej. A jak dodać do tego postanowienie aby jednak zapoznać się z literaturą fantasy - nie było wyjścia. Książkę zamówiłam 
Czego się spodziewałam i czy się na niej zawiodłam? I tak i nie. Śpieszę z wyjaśnieniami. 
Zawiodłam się na wątku historycznym. Po pierwsze nie wpadłam na to, że jak autorka anglojęzyczna to raczej sympatią do Napoleona nie pała. Więc oczywiście są czasy napoleońskie - mamy tu bowiem wspomnianą wyprawę do Egiptu, koronację cesarską a punktem kulminacyjnym jest bitwa pod Trafalgarem - ale bohaterami są Anglicy, a Francuzi i Napoleon to ci źli. Zresztą realiów historycznych bardzo mało, tyle, aby czytelnik rzeczywiście poczuł, że wydarzenia te miały kiedyś miejsce, że akcja toczy się w rzeczywistym, znanym nam świecie. Na plan pierwszy jednak wybija się warstwa fantasy.
I ty znów zostałam mile zaskoczona. Ponieważ jednym z dwóch głównych bohaterów jest smok. A smoki to znów coś co misie lubią najbardziej. Uwielbiałam w dzieciństwie słuchać bajek o smokach i zawsze trochę mnie złościło, że przedstawiano je jako groźne i nieprzyjazne ludziom stworzenia. A mnie się wydawało, że smoki powinny być dobre, miłe i sympatyczne. Dlatego kochałam Smoka Wawelskiego z Porwania Baltazara Gąbki. To był właśnie wizerunek smoka z jakim mogłam się zgodzić. I proszę, po tylu latach znów mogłam spotkać takiego smoka. Temeraire jest bowiem niezwykle sympatycznym i do tego niebywale inteligentnym smokiem. Więc jak mogłam nie pokochać tej książki, jak mogłam nie czytać jej z zainteresowaniem. To był powrót do czasów dzieciństwa, czasów bajek, podań i baśni. 
Will Laurence jest kapitanem fregaty Reliant. Swoją przyszłość wiąże z karierą w Marynarce Wojennej. I nagle jego życie ulega drastycznej przemianie, która początkowo wytrąca go z równowagi. Anglicy na zdobytej francuskiej fregacie znaleźli smocze jajo, z którego  lada moment miał się wykluć smok. Aby nie stał się on dzikim smokiem należało zaraz po wykluciu nadać mu imię i nałożyć uprząż. Jednak osoba, która miała tego dokonać już na zawsze musiała zostać opiekunem smoka. Dla marynarza oznaczało to rezygnację z pływania i wstąpienie do Korpusu Powietrznego. Dzięki splotowi niefortunnych dla siebie zdarzeń to właśnie Willa wybrał sobie nowo narodzony smok. I tak Laurence stał się opiekunem Temeraire'a. Nie będę przedstawiać tutaj dalszych losów bohaterów - zainteresowanych odsyłam do książki. Chcę jednak napisać o nich parę słów.
Temeraire jest niesamowicie sympatycznym smokiem. Całkowicie oddanym swojemu kapitanowi. Jest bardzo pojętny, uczy się nadspodziewanie szybko, łatwo przystosowuje się do całkowicie nowych dla niego warunków. Jest też niezwykle inteligentny. Uwielbia kiedy Laurence mu czyta, chce się zapoznać z teatrem, pójść na koncert. Z czasem okazuje się, że kwestie matematyczne potrafi prędzej i lepiej zrozumieć niż jego opiekun. Ale przede wszystkim cenię Temeraire'a za jego dobroć, mądrość, pozytywne nastawienie do ludzi i smoków oraz jego wierność i miłość do Laurence'a.
Kapitan jest także ciekawą postacią. Początkowo nastawiony negatywnie do zmiany swego losu, zaczyna stopniowo przywiazywać się do swojego smoka. Rodzi się między nimi prawdziwie głęboka więź. Jeden jest w stanie oddać życie dla drugiego. Ponadto Laurence jest człowiekiem honoru, prawym, wrażliwym na krzywdę drugiej istoty. Jest surowym acz sprawiedliwym dowódcą. Potrafi bronić swego stanowiska, umie się także przyznać do błędu. No cóż - prawdziwy ideał. Jakże by mogło być inaczej w takiej "bajkowej" opowieści. 
I co jest ważne książkę czyta się bardzo dobrze i szybko. Akcja nie nuży. Autorka wciąż zaskakuje nas jej niespodziewanymi zwrotami. Jeżeli znamy historię - pewnych rzeczy możemy się domyślić, ale to nie zmniejsza naszego zainteresowania. Oczywiście, jak w baśni, wszystko zmierza do szczęśliwego zakończenia. Nie brak jednak wzruszających momentów - zawsze się wzruszam kiedy mowa o zwierzętach, a przecież smoki, nawet gadające, takowymi są. 
Czy warto przeczytać? Zależy co kto lubi. Jest to bowiem powieść fantasy, którą czyta się lekko, łatwo i przyjemnie przede wszystkim dla rozrywki. I nic więcej, a może aż tyle. Czasem warto także zatrzymać się nad takim czytadłem po prostu tak dla przyjemności. 
Specjalnie nie będę biegać za dalszymi częściami cyklu, ale jak mi wpadną w ręce - to czemu nie. Może wtedy, gdy mnie dopadnie chandra - usiądę pod kocem, wtulę się w swojego kota i znów powrócę do krainy dzieciństwa, gdzie smoki gadają ludzkim głosem. Czemu nie.......

Moja ocena: 5/6 (to przede wszystkim dla sympatycznego smoka)

sobota, 27 sierpnia 2011

Fhilip Roth, Konające zwierzę

 Czy to Yeats? "Pochłońcie serce moje:chucią chore / I w konającym zwierzęciu zamknięte, / Nie wie, czym jest". Yeats. Oczywiście. (strona 88)

Philip Roth - laureat wielu prestiżowych nagród literackich, uważany za jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich. A jednak jego twórczość spotyka się z bardzo różną oceną, uważany jest za dość kontrowersyjnego pisarza.
Dlatego sama postanowiłam przekonać się ile prawdy jest w pozytywnych i ile w negatywnych ocenach pisarza.

Konające zwierzę to powieść, której bohaterem a zarazem i narratorem jest siedemdziesięcioletni wykładowca i znany recenzent kulturalny posiadający swój cykliczny program w telewizji, uważany za autorytet w dziedzinie kultury. Ale nie jego praca jest przedmiotem opowieści. David, bo tak na imię ma nasz bohater, opowiada historię romansu z młodą dwudziestoczteroletnią dziewczyną, Consuelą Castillo. Historia ta miała miejsce osiem lat wcześniej, kiedy David miał sześćdziesiąt dwa lata. Consuela była słuchaczką jego wykładów. Od razu zwrócił na nią uwagę, gdyż wyróżniała się w tłumie dziewcząt swoim sposobem zachowania się i ubierania, który świadczył, że dziewczyna jest świadoma piękności swego ciała ale nie do końca wie jak go wykorzystać. 
Consuela zresztą nie była pierwszą słuchaczką z którą Davida połączył romans. Starzejący się mężczyzna był zawsze wrażliwy na kobiecą urodę obok której nie mógł przejść obojętnie. Chęć wolności, także seksualnej, doprowadziła go jeszcze w latach sześćdziesiątych do rozstania z żoną i opuszczenia rodziny by swobodnie móc  romansować z innymi kobietami.
Consuela nie była jednak taka jak inne dziewczęta i ich związek także był inny. Jaki? Czy połączyła ich miłość czy tylko pożądanie? Czy byli szczęśliwi? Jak romans ten wpłynął na ich życie? O tym można się przekonać sięgając po powieść Rotha. 

Po tym co napisałam do tej pory wydawało by się, że książka ta jest ckliwym romansem. Nic bardziej błędnego. Jest to powieść, która porusza wiele różnych kwestii - obok miłości, wolności seksualnej, także kwestie przyjaźni, relacje miedzy ojcem a synem, rozważania na temat śmierci, choroby, starości. 
Oprócz tego Roth porusza w powieści wiele kwestii dotyczących kultury. Mowa jest o rewolucji seksualnej w latach sześćdziesiątych, o literaturze, muzyce, sztuce nawet historii. Każdy znajdzie tam coś dla siebie, każdy na coś innego może zwrócić uwagę. Mnie osobiście zaciekawiły rozważania na temat Merry Mount, niewielkiego miasteczka zarządzanego przez Thomasa Mortona, którego mieszkańcy swobodą swoich obyczajów drażnili zamieszkujących nieopodal nich purytan (rzecz działa się w XVII wieku) i ich powiązania z seksualną swobodą lat sześćdziesiątych w Ameryce. Chłonęłam też fragmenty dotyczące muzyki. David potrafił właśnie poprzez muzykę wyrazić swoje emocje, marzenia. Muzyka odgrywała też dużą rolę we wzajemnych relacjach pomiędzy Consuelą a Davidem.

Powieść Rotha poruszyła mnie. Z jednej strony przyciągała pięknem języka i stylu pisarza, jego erudycją, bogactwem poruszanych tematów. Z drugiej zaś strony było coś co mnie odpychało, a miejscami wręcz szokowało. To swobodne podejście do erotyki. Wiele zaskakujących opisów, brak jakichkolwiek zahamowań w kwestii erotyki, seksu. To jak pisałam było dla mnie dość szokujące. Jednocześnie musiałam przyznać, że nie było w tym nic z pospolitego wulgaryzmu. Myślę, że pisarz chciał zaszokować czytelnika i w moim przypadku efekt oczekiwany osiągnął.
Nie wiem czy w innych swoich powieściach Roth z taką swobodą i otwartością porusza kwestie erotyczne. Jeżeli nawet tak jest nie zniechęci mnie to do sięgnięcia po kolejne jego książki. Sposób pisania Rotha, jego spojrzenia na świat  tak mnie zafascynował, że chciałabym jeszcze kiedyś spotkać się z jego prozą.

Moja ocena: 4+/6

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

James Rollins, Mapa trzech mędrców

To kolejna powieść tego autora, której bohaterami są agenci pewnej tajnej organizacji zwanej Sigma. Jej działalność jest tak tajna, że wie o niej bardzo niewiele osób w całych Stanach. 
Na jej czele stoi Painter Crowe, a do jego najlepszych i najbardziej ulubionych agentów należą: Grayson Pierce oraz Monk Kokkalis. Ludzie niezwykle inteligentni, sprawni fizycznie, świetnie posługujący się bronią, a przede wszystkim potrafiący błyskawicznie reagować i podejmować decyzje co w w wielu przypadkach pozwala wyjść cało z opresji. 
Fabuła powieści toczy się wokół relikwii trzech mędrców ze Wschodu, którzy przybyli by oddać pokłon nowo narodzonemu Jezusowi. Jak zwykle u Rollinsa, współczesne wydarzenia mają swoje źródła w odległej historii. Tym razem cofamy się do czasów Niewoli Aviniońskiej kiedy to równolegle rezydowało dwóch papieży - jeden w Rzymie (uzurpator) drugi w Avinionie. Wtedy to wywieziono do Niemiec relikwie trzech mędrców i specjalnie dla ich przechowywania wybudowano katedrę w Kolonii.
Akcja powieści rozpoczyna się właśnie w Kolonii, gdzie w katedrze dochodzi do kradzieży relikwii i bestialskiego mordu obecnych na mszy wiernych. Z tragedii ratuje się tylko jeden człowiek, a to co mówi jest tak niewiarygodne i sprawia że w śledztwo zostaną włączeni agenci Sigmy, a także wysłannicy z samego Watykanu. 
Do Greysona i Monka dołączyła piękna i niebezpieczna Kat Bryant. Z ramienia Watykanu do Kolonii wyjechał monsinior Vigor Verona kierujący Papieskim Instytutem Archeologii Chrześcijańskiej oraz jego siostrzenica Rachele Verona, porucznik rzymskich karabinierów.
Bohaterom przyjdzie się zmagać z trudną zagadką historyczna, kryminalną i naukową. Będą narażeni na ogromne niebezpieczeństwo, gdyż ich potężnym wrogom zależeć będzie na zachowaniu absolutnej tajemnicy. 
 
Wielokrotnie znajdą się w sytuacji bez wyjścia, w której powinni stracić życie, ale jak to w tego typu książkach bywa, uda im się w cudowny sposób uniknąć przeznaczenia. Będą zmuszeni poruszać się po omacku nie wiedząc kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. I oczywiście od wyniku ich misji zależeć będą losy świata, bo wroga organizacja przeciw której będą walczyć chce objąć panowanie nad światem, po to aby zniszczyć stary i zaprowadzić nowy, "lepszy" porządek.
Cóż wyłania się z tego opisu? Całkiem niezła powieść sensacyjno-przygodowa z elementami trillera. Jej atutem jest wartko prowadzona akcja, szybko po sobie następujące coraz to dziwniejsze wydarzenia. Zagadka jest bardzo zagmatwana, aby ją rozwiązać potrzeba nie tylko wiedzy ale i inteligencji i sprytu. A czas goni. Bohaterowie są wyraźnie dobrzy bądź źli, ale autor wprowadził też dla urozmaicenia postać, którą trudno jest nam zaszufladkować. Z jednej strony jest wrogiem, z drugiej jednak .....
Zaletą są także niespodziewane i zupełnie nieoczekiwane zwroty akcji. Sprawia to, że nie wszystko jest takie jak wydawało się nam na początku co owocuje większym zainteresowaniem ze strony czytelnika. Takie zabiegi autora przykuwają naszą uwagę i narzucają nam tempo czytania. Bo przecież chcemy się szybko dowiedzieć co się znów wydarzy. 
Szybkie czytanie ułatwiają nam dialogi, które stanowią zdecydowaną większość powieści. Narracja i opisy są zredukowane do niezbędnego minimum. Niektórych czytelników może to razić, ale zabieg ten  decyduje o atrakcyjności książki. Ten brak rozbudowanych opisów przyśpiesza akcję i sprawia, że czytelnik znajduje się w ciągłym napięciu.
Język Rollinsa jest prosty, często dosadny. Rzadko pojawiają się wulgaryzmy, ale zawsze ich użycie jest uzasadnione. Oczywiście pojawiają się sceny brutalne co jest niewątpliwie w dzisiejszych czasach nieodłącznym elementem powieści sensacyjnych, trillerów i horrorów. Sceny te jednak są opisane dość lapidarnie bez zbędnego wydłużania, a także bez niepotrzebnego okrucieństwa. Autor tak konstruuje ich opis, że wiele najbardziej drastycznych momentów zostawia domysłom czytelnika. Jest to dla mnie osobiście wielkim plusem gdyż nie lubię niepotrzebnej brutalności i w tych kwestiach naturalizm nie zawsze jest dla mnie zaletą. 

Jednym słowem Rollins stworzył całkiem sympatyczną książkę do poczytania, spełniającą wymogi dobrego czytadła z kategorii sensacja/kryminał/triller. Książka dobra na czas wypoczynku czy to wakacyjnego czy to weekendowego. Usiąść w ciepłym, wygodnym kąciku, otworzyć książkę i.......

Moja ocena: 3+/6


 Na zdjęciach: 1. Katedra św. Piotra i Najświętszej Marii Panny w Kolonii
2. Strona przednia Relikwiarza Trzech Króli
(Zdjęcia pochodzą z Wikipedii)

Skorzystam też z okazji  by pochwalić się nowymi nabytkami. W piątek odwiedziłam wielkie miasto Łódź i oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie zajrzała do antykwariatów.  Z dumą przedstawiam swoje nabytki. Całość nie przekroczyła 60 złotych.



Tradycyjnie rozpoczynam od góry:
1. Alistair MacLean, Złote rendez-vous (to takie moje marzenie z wczesnych lat młodości, mam sporo jego książek, kiedyś się nimi zaczytywałam; jednak tę miałam tylko wypożyczoną; a teraz nabyłam za całe 2 złote)
2. Joe Alex, Piekło jest we mnie (Alex to jeden z moich ulubionych pisarzy kryminałów; kiedyś czytałam jego książki, posiadam tylko ukochaną - Jesteś tylko diabłem oraz Cichym ścigałam go lotem; a teraz chcę nabyć pozostałe; zostały mi jeszcze dwie)
3. Joe Alex, Zmącony spokój Pani Labiryntu (j.w.)
4. Joe Alex, Śmierć mówi w moim imieniu (j.w.)
5. Joe Alex, Gdzie przykazań brak dziesięciu (j.w.)
6. Maria Nurowska, Miłośnica (tak jakoś mi wpadła za 5 złotych, miałam przeczytać w akcji Włóczykijki - teraz mam swoją)
7. Carolly Erickson, Sekretne życie Józefiny (lubię czasy napoleońskie, zawsze ciekawiła mnie postać żony Napoleona)
8. Marina Mayoral, Kto zabił Inmaculadę de Silva? (miałam na liście do przeczytania więc skorzystałam z okazji i kupiłam)
9. Mikkel Birkegaard, Biblioteka cieni ( na tę książkę polowałam już od dawna, najdroższy zakup  w tym stosiku)

poniedziałek, 18 lipca 2011

Isaac Bashevis Singer, Sztukmistrz z Lublina

Kolejne moje spotkanie z Noblistą. Ostatnio trochę się tego nazbierało i muszę zadbać o inne wyzwania czytelnicze. Już trzy miesiąca odkąd rozpoczęłam moje blogowe życie z wyzwaniami czytelniczymi, a niektórych nawet jeszcze nie tknęłam. 

Kolejne spotkanie z Noblistą, ale pierwsze z Singerem. Nagrodę Nobla otrzymał w 1978 roku już jako obywatel amerykański. Ale urodził się Singer na ziemiach polskich, a dokładnie na początku XX wieku w tzw. Kongresówce.  Był synem chasydzkiego rabina, jego dziadek ze strony matki był także rabinem. Stąd jego znajomość religii i kultury polskich Żydów, obyczajów i tradycji żydowskiego środowiska zamieszkującego wschodnie regiony Polski. 

W takich realiach, pod koniec XIX wieku, umieścił Singer akcję jednej z najliczniej czytanych jego powieści - Sztukmistrza z Lublina. Tytułowy sztukmistrz to Jasza Mazur. "Był pół-żydem - ani żydem, ani chrześcijaninem." (s. 7) Chociaż przed ludźmi udawał ateistę jednak wierzył w Boga. Jego obecność widział w każdym drzewie, kamyku, ziarenku piasku. Mimo to do synagogi od dawna już nie chodził, zapomniał także codziennych, tradycyjnych modlitw. Miał żonę Esterę, bogobojną żydówkę, która kochała męża ogromnie i wiernie przy nim trwała mimo jego długich nieobecności w domu. 
Bowiem całe życie Jasza podróżował, a to do Warszawy, a to na prowincję, a czasem także za granicę - do Rosji. Towarzyszyły mu zwierzęta (para koni, małpka, kruk i papuga) oraz Magda, jego asystentka, młoda dziewczyna, chrześcijanka, którą nauczył kilku sztuczek. Do domu przyjeżdżał na czas ważnych świąt żydowskich. Pobyt w Lublinie przeznaczał przede wszystkim na odpoczynek oraz wymyślanie i ćwiczenie nowych sztuczek. A potrafił Jasza wiele. Chodził po linie, wykonywał skomplikowane salta, znał wiele sztuczek karcianych, potrafił otworzyć każdy zamek, znał się na hipnozie. Wszystko to sprawiało, że jego występy cieszyły się znaczną popularnością. Niestety nie na tyle dużą by mógł występować w wielkich miastach za granicą. A marzyły mu się występy w Rzymie, Paryżu, Petersburgu, a może i w Ameryce.

Do tej pory Jasza żył sobie dość przyjemnie lawirując zgrabnie pomiędzy kobietami swojego życia: żoną Esterą, kochanką Magdą, jej matką Elżbietą czy narzucającą mu się Zewtel, porzuconą przez męża, ni to wdową, ni mężatką. Kiedy jednak pojawiła się kolejna kobieta, Emilia, sprawy zaczęły się komplikować. Emilia bowiem była inna niż znane mu do tej pory kobiety. Była chrześcijanką, wdową po profesorze, kobietą inteligentną i oczytaną. Miała też coś, o czym marzył skrycie Jasza - córkę Halinkę (Jasza nie miał potomka, gdyż Estera była bezpłodna). 
Każda z kobiet czegoś od niego oczekuje, czegoś żąda. Jasza nie potrafi odmówić, składa obietnice bez pokrycia. Nie umie poradzić sobie z zaistniałą sytuacją, nie potrafi podjąć konkretnej decyzji, ciągle zmienia zdanie, nie potrafi nawet poradzić sobie z własnymi uczuciami, chce wszystkiego, a jednocześnie sam nie wie czego tak naprawdę pragnie. Zaczyna mieć wątpliwości, dylematy. Do tej pory panował nad swoim życiem, wszystkie jego elementy potrafił ze sobą powiązać. Teraz nie wie jak ma postępować. Zaczyna podejmować niefortunne decyzje, które zaważą na życiu jego i związanych z nim kobiet, które to życie diametralnie zmienią. Wszystko to prowadzi do nieoczekiwanego zakończenia. Czytając powieść przeczuwałam niejako, że może się tak skończyć, nawet tego oczekiwałam. Jednak mimo to zakończenie zaskoczyło mnie swoją ekstremalnością i krańcowością. Powiedziałabym,że nawet lekko zirytowało, tak jak irytowała mnie postać tytułowego bohatera. 

Właściwie darzyłam Jaszę sympatią, bo tego człowieka nie da się nie lubić. Jest jak małe dziecko. No cóż - mężczyźni często tacy są. Ale jego postępowanie z zakochanymi w nim kobietami, jego niezdecydowanie, nieumiejętność postawienia sprawy jasno i wyraźnie, ogromnie mnie drażniło. Miałam czasem ochotę potrząsnąć nim i zmusić go do podjęcia sensownej decyzji, bądź jakiejkolwiek decyzji.
Przyznaję jednak, że Singer stworzył doskonały, rozbudowany psychologicznie portret głównego bohatera. Jest to postać barwna, żywa, budząca swoim postępowaniem głębokie emocje. Wobec takiej kreacji nie można przejść obojętnie. 

Singer zauroczył mnie nade wszystko klimatem swojej powieści. Zatrzymał na jej kartach obraz żydowskiego społeczeństwa końca XIX wieku. Drobiazgowo opisał jego zwyczaje, tradycję, kulturę, religię, a przede wszystkim mentalność. Czytając tę książkę przenosimy się do prowincjonalnego Lublina, jeszcze bardziej prowincjonalnych Piasków  oraz do stołecznej Warszawy, miasta zaczynającego się bujniej rozwijać, ale w porównaniu do wielkich europejskich stolic, "trącającego" mimo wszystko prowincją. Widzimy także galerię barwnych postaci: bogobojnych żydów, bezdomnych, złodziei, uczciwie zarabiających rzemieślników, wiernych żon i tych szukających przygód w ramionach kochanków.

Pomimo mojego ambiwalentnego stosunku do głównego bohatera zachęcam gorąco do przeczytania Sztukmistrza z Lublina, szczególnie tych czytelników, którzy jeszcze z pisarstwem Singera się nie zetknęli.

Moja ocena 5/6 (byłby plus, gdyby nie moja irytacja na tytułowego bohatera)

poniedziałek, 11 lipca 2011

Jodi Picoult, Bez mojej zgody

 Tak jak sobie obiecałam ponownie sięgnęłam po książkę Jodi Picoult. Tym razem jest to powieść Bez mojej zgody. Wiele o niej słyszałam, także to, że została zekranizowana. Poza tym miałam zamiar przeczytać ją w ramach wyzwania czytelniczego. I oczywiście była akurat dostępna w bibliotece.

I tak ponownie rozpoczęłam przygodę z panią Picoult. Trochę się obawiałam pewnego deja vu związanego ze sposobem narracji. Autorka oddaje głos swoim bohaterom dzięki czemu poznajemy tę samą historię z różnych punktów widzenia co wpływa na subiektywizm opowieści. Tak samo było w poprzedniej powieści Jodi Picoult. Ponieważ znam tylko te dwie książki nie wiem czy podobny zabieg stosuje autorka we wszystkich swoich powieściach. Jeżeli tak by było z mojego punktu widzenia byłby to pewien mankament. To co wydaje się być odkrywcze za pierwszym razem, za kolejnym traci swoją świeżość i oryginalność. 

Przejdźmy jednak do samej powieści. Bez mojej zgody porusza bardzo ważki problem choroby w rodzinie i to choroby śmiertelnej. Spokojne życie Sary i Briana Fitzgeraldów, rodziców czteroletniego Jessego i dwuletniej Kate, burzy informacja o śmiertelnej chorobie córeczki. Zrozpaczeni rodzice za wszelką cenę pragną ratować małą Kate. Nie wahają się nawet przed podjęciem decyzji o urodzeniu kolejnego dziecka, które będzie genetycznie jak najbardziej zbliżone do chorej dziewczynki i będzie dla niej idealnym dawcą narządów i tkanek. I tak na świat przychodzi Andromeda nazywana w rodzinie po prostu Anną. 
Historia rozpoczyna się z chwilą kiedy trzynastoletnia już Anna Fitzgerald postanawia wytoczyć swoim rodzicom proces o odzyskanie prawa do decydowania o własnym ciele  czyli do samostanowienia o sobie w kwestiach medycznych.
Śledząc losy przygotowywanego procesu poznajemy bliżej rodzinę Anny, historię choroby Kate (o której opowiada jej matka - Sara), a także losy zatrudnionego przez Annę adwokata Campbella Alexandra i wyznaczonej przez sędziego do roli kuratora procesowego Julii Romano. Wszystkie te wątki splatają się w przejmującą opowieść o chorobie, cierpieniu, nadziei, miłości, determinacji. Widzimy jak choroba Kate odciska swoje piętno na życiu całej jej rodziny: rodziców, siostry i brata. Właściwie przez te wszystkie lata od momentu jej wykrycia wszystkie myśli, czynności i decyzje związane są z podejmowaną przez rodziców walką z przeznaczeniem. Życie całej rodziny zostaje podporządkowane rytmowi choroby, okresom jej remisji i nawrotów. Możemy zaobserwować jak bardzo mocno odbija się to na życiowych wyborach bohaterów. 

Najtrudniejsze jest to, że jestem w stanie zrozumieć i usprawiedliwić każdą ze stron. 
Początkowo wydawało mi się, że Anna ma całkowitą rację wytaczając proces swoim rodzicom. I choć właściwie zdania nie zmieniłam i nadal popierałam jej decyzję, to jednak także rozumiałam decyzje Sary, matki, która walczy o życie swojego dziecka. Im bliżej poznawałam Sarę i Briana tym lepiej ich rozumiałam i wyraźniej widziałam, jak trudno było im wybierać pomiędzy dobrem Kate i dobrem Anny. I choć może popełnili niejeden błąd, także w podejściu do najstarszego z dzieci czyli do Jessego (a być może  to właśnie jego najbardziej zaniedbywali) to jednak w moim odczuciu byli dobrymi, kochającymi rodzicami. 

Nie znam działania amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, więc nie mogę ocenić na ile zachowane są realia toczącej się w powieści sprawy sądowej. Mogę zaś stwierdzić, że całkowicie zgadzam się z decyzją sędziego. Nie mogę tego jednak powiedzieć o samym zakończeniu powieści. Trudno jest mi jednoznacznie je ocenić. Wydaje mi się z jednej strony bardzo przewrotne i mało realne. Z drugiej zaś uważam, że życie tworzy jeszcze bardziej nieprawdopodobne scenariusze. 

Czy powieść mi się podobała? Zdecydowanie tak i to bardziej niż czytana wcześniej przeze mnie Zagubiona przeszłość. Nie powaliła mnie jednak na kolana. Czegoś mi w niej brakowało , czegoś w niej było za dużo. Jednak uważam, że śmiało mogę ją polecić. Mimo tak trudnego tematu czyta się ją łatwo i przyjemnie. Przyczynia się do tego niewątpliwie prosty i zrozumiały język i styl autorki. 

Czy mam ochotę na kolejne spotkanie z Jodi Picoult? Na razie tak. Po przeczytaniu zaledwie dwóch powieści trudno jest wyrokować o schematyczności jej utworów, a ponieważ porusza ona ciekawe tematy sięgnę po inne jej książki. Może znów coś upoluję w bibliotece. I oczywiście postaram się w najbliższym czasie zobaczyć ekranizację opiniowanej przeze mnie powieści.
Nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała na koniec o jeszcze jednym bohaterze. Mam tu na myśli Sędziego, który jest psem-przewodnikiem Campbella Alexandra. Dzięki Sędziemu w powieści pojawiają się także  momenty humorystyczne, co czasami równoważy powagę przedstawianego w niej problemu. Dla mnie to duży plus tej książki.

Moja ocena 5/6 (taką samą wystawiłam poprzedniej powieści choć dziś oceniłabym ją troszkę niżej)

Skorzystam jeszcze z okazji i umieszczę zapomniany czerwcowy stosik.

Od góry:
1. Zbigniew Nienacki, Księga strachów (to dla mojego syna, kolejny tom przygód Pana Samochodzika)
2. Maria Kruger, Witaj Karolciu! (tym razem dla mojej córki, kontynuacja Karolci)
3. Mario Puzo, Rodzina Borgiów (kupiłam zachęcona recenzją Guciamal)
4. Ken Follett, Filary ziemi (już od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem kupna tej powieści i wreszcie ją mam).

wtorek, 28 czerwca 2011

Toni Morrison, Miłość

Kiedy na bibliotecznej półce ujrzałam książkę Toni Morrison zaraz przypomniała mi się niedawna rozmowa na jej temat. Moja znajoma zachwycała się prozą noblistki, a szczególnie jej powieścią Jazz. Co prawda ta powieść nosiła tytuł Miłość, ale postanowiłam ją przeczytać licząc na niemałą ucztę literacką. Czy się zawiodłam? Raczej nie, choć spodziewałam się więcej niż otrzymałam.
Bohaterkami tej opowieści są dwie stare już kobiety mieszkające w jednym domu: Heed i Christine. Kiedyś łączyła je przyjaźń mimo tego, że pochodziły z zupełnie odmiennych środowisk. Teraz łączy je nienawiść, której przyczyn należy szukać w decyzji dziadka Christine, który postanowił poślubić przyjaciółkę swojej wnuczki,  jedenastoletnią wówczas dziewczynkę.  Powieść rozpoczyna się w momencie gdy do zamieszkałego przez dwie kobiety domu przybywa młoda dziewczyna o imieniu Juniorka, którą zatrudnia jedna z kobiet w tajemnicy przed drugą. 
Historia Juniorki splata się i przeplata z historia Heed, Christine oraz bliskich im osób: Billego Coseya, dziadka Christine, May - jej matki, Sandlera i Vidy oraz ich wnuka Romena. Jest jeszcze tajemnicza postać kobiety, narratorki części powieści, o której początkowo wiemy niewiele, a której historia, związana z losami rodziny Coseyów, objawia nam się stopniowo. Tak jak stopniowo odsłaniają się nam tajemnice Billa Coseya, jednego z pierwszych czarnych ludzi interesu, i jego rodziny oraz osób związanych z prowadzonym przez niego hotelem. 

Miłość, to oczywiście powieść o miłości, ale także o towarzyszącej jej  nienawiści i zazdrości, zmysłowości i fascynacji, o przyjaźni, wierności i zdradzie, o próbie wydobycia się za wszelką cenę ze środowiska, w którym się żyje, o podstępie, wyrachowaniu, ale także o przebaczeniu.
Od pierwszych stron wciągają nas pogmatwane losy bohaterów. Niestety, według mnie, opowiedziane są one zbyt chaotycznie. Początkowo nie mogłam "połapać" się o kim mowa, o jakich czasach: współczesnych czy  wcześniejszych opowiada narrator. Jednak z czasem zaczęłam lepiej rozumieć i umiejętnie składać fragmenty różnych, przeplatających się historii. To według mnie jedyny większy minus  powieści. Poza tym czyta się ją dość dobrze (im bliżej końca tym lepiej - przynajmniej w moim odbiorze). Język jest w miarę prosty i przystępny, a jednocześnie widać, że pisarka po mistrzowsku operuje słowem. Mimo że części dialogowe zajmują mniej niż połowę książki długa miejscami narracja wcale nie nuży i nie utrudnia czytania.
Bohaterowie są ciekawymi i barwnymi osobowościami. Szczególnie polubiłam Christine za jej buntowniczy i dość trudny charakter. Juniorka, którą z początku polubiłam pod koniec powieści spłatała mi figla i zrobiła coś, z czym się zgodzić nie mogłam. Sympatią darzyłam też młodego Romena,  który nie zawiódł mnie do samego końca powieści. Podobało mi się też zakończenie, którego właściwie w takiej formie się nie spodziewałam.
Oceniam to moje pierwsze spotkanie z prozą Toni Morrison dość dobrze i na pewno sięgnę jeszcze po  inne jej powieści.

Moja ocena: 4/6 (obniżyłam za ten chaos w narracji)

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Joanne Harris, Czekolada

Zacznę nietypowo, bo od filmu, a nie od książki. Na podstawie powieści Joanne Harris powstał bowiem film w reżyserii Lasse Hallstroma. Oglądałam go już wiele razy i dopiero niedawno dowiedziałam się o literackim pierwowzorze Vianne i Rouxa.
Film mnie po prostu zauroczył. Niesamowita, baśniowa prawie atmosfera, sennego małego miasteczka wyłaniającego się z okrywającej go mgły, od pierwszych scen porywa i wciąga widza. Nieokreśloność czasu i miejsca (historia mogła się wydarzyć kiedykolwiek i gdziekolwiek) jeszcze bardziej uwydatnia uniwersalność opowiedzianej historii. Historii kobiety i jej córki, które przyprowadził wiatr. Kolejnym elementem tworzącym niepowtarzalny klimat jest wszechobecna czekolada. W różnych postaciach i formach przewija się cały czas przed naszymi oczami. Kusi i czaruje, tak jak kusi i czaruje główna bohaterka Vianne Rocher. Zagrana przez Juliette Binoche jest dopełnieniem pełnej magii atmosfery filmu. Piękna, czarująca, mądra, dobra, tajemnicza - zmienia samą swoją obecnością i swoim zachowaniem mieszkańców miasteczka począwszy od tych, którzy szybko akceptują jej obecność, a skończywszy na najbardziej opornych. Jej słowa "Twoje ulubione" towarzyszą każdej osobie odwiedzającej jej chocolaterię.
Ale nie tylko Vianne jest ozdobą filmu. Towarzyszą jej inni barwni i niepospolici bohaterowie grani przez doborowa kadrę aktorską: Judi Dench, Lenę Olin, Alfreda Molinę i oczywiście cudownego, niesamowitego i  czarującego  Jhonnego Deppa.
A całości dopełnia cudowna, klimatyczna muzyka Rachel Portman.


I wreszcie przyszedł czas na powieść Joanne Harris. Wiem, że to co teraz napiszę będzie odwróceniem kolejności, ale muszę to napisać. Na książce się nie zawiodłam. Odnalazłam w niej ten sam klimat, tę sama magiczną i baśniową atmosferę co w filmie. Wypisuję herezje, ale to prawda. Gdybym najpierw przeczytała książkę napisałabym to samo. 


Początkowo czytałam książkę z pewnymi oporami. Porównywałam wszystko z filmem i od samego początku wiele rzeczy mi nie pasowało. Comte de Reynaud zamienił się w księdza Francisa Reynaud, tajemniczy Pantoufle z kangura stał się królikiem ..... Stop! Przecież to wszystko na odwrót. Przecież to powieść była pierwsza. Od kiedy uświadomiłam sobie tę prawdę zaczęłam zupełnie inaczej odbierać czytaną opowieść. Starałam się nie myśleć o filmie, nie porównywać. I udało się . Powieść Joanne Harris całkowicie mną zawładnęła. 
Losy Vianne Rocher  i jej córki Anouk. Dwóch kobiet, które przywiał do małego miasteczka wiatr zapustów. Vianne od zawsze podróżowała. Najpierw z matką, potem z córką. Teraz wydawało się im, że wreszcie znalazły swoje miejsce. Sześcioletnia Anouk, która by nie być samotną, wymyśliła sobie króliczka - przyjaciela o wdzięcznym imieniu Pantoufle, teraz szybko znalazła prawdziwych przyjaciół. A jej matka oczarowała, a może zaczarowała, znaczną część miasteczka. Wiele osób dzięki Vianne zmieniło swoje życie, odnalazło właściwą drogę. Tylko niektórzy pozostali nieczuli na jej czary, a wśród nich cure Reynaud.
Delektowałam się tą książką, jak lubię delektować się filiżanką gęstej, gorącej, gorzkiej czekolady . Poznawałam bohaterów i ich problemy. Zżyłam się z mieszkańcami miasteczka. Nieraz nieświadomie zestawiałam ich historie z tymi opowiedzianymi w filmie, ale wcale mi to nie przeszkadzało. W kilku wypadkach film stanowił według mnie dopowiedzenie bądź wyjaśnienie epizodów zamieszczonych w powieści. W jednym wypadku byłam nawet wdzięczna twórcom filmu za wprowadzone zmiany. Myślę tu o postaci Roux. W filmie jest on bardziej wyrazisty i odgrywa większą rolę w życiu Vianne. (Wszystko to zapewne za przyczyną niepowtarzalnego Jhonnego Deppa).
Ogromnie rozrósł się ten mój post. Więc będę zbliżać się do podsumowania. Zanim to jednak nastąpi muszę poruszyć jeszcze jedną kwestię. Myślę tu o zderzeniu dwóch postaw: katolickiej reprezentowanej przez cure Reynouda oraz ..... i tu brak mi określenia: magicznej, ateistycznej, agnostycznej, a może po prostu otwartej na drugiego człowieka.... reprezentowanej przez Vianne. Mimo, że jestem osobą wierzącą nie odebrałam tego jako czegoś negatywnego. Raczej jako wystąpienie przeciwko każdej obłudzie, także tej reprezentowanej przez tzw. katolików (którzy z wiarą i tak ważnym dla niej miłosierdziem mają nieraz niewiele wspólnego). W filmie problem ten został niewątpliwie złagodzony dzięki zastąpieniu postaci księdza merem miasteczka, osobą religijną (a może "religijną") ale niewątpliwie świecką. Muszę tylko wspomnieć o jednej kwestii, na którą patrzę trochę krytycznie, a mianowicie na umieszczenie akcji urodzin Armande Voizin w Wielki Piątek. Trochę mnie to zabolało i zniesmaczyło. 
A teraz podsumowanie: zarówno powieść jak i film całkowicie mnie zauroczyły. Do tego stopnia, że nie potrafię wypatrzeć w nich wielu wad, które zapewne gdzieś istnieją. Ale nie dla mnie. 
Polecam tym, którzy jeszcze nie czytali i nie oglądali. Warto. Tylko łasuchy muszą uważać, szczególnie na filmie, i mocno trzymać się w ryzach.

Moja ocena:  książki 5/6, filmu 6/6 (jednak, chyba oczywiście za wzbogacenie roli Rouxa granego przez Jhonnego)

A na koniec jeszcze jeden filmik z muzyką z filmu i oczywiście z cudownym Jhonnym.

niedziela, 5 czerwca 2011

Stephenie Meyer, Zmierzch

Przeczytałam powieść Stephenie Meyer i właściwie sama nie wiem co o niej myśleć. 
Treść Zmierzchu jest większości dobrze znana. To, jeśli się nie mylę, jedna z pierwszych powieści z modnego dziś nurtu paranormal romance, która zdobyła tak wielką popularność szczególnie wśród młodzieży, stając się bestsellerem.
Młoda dziewczyna, Bella Swan, przyjeżdża do małego miasteczka Forks, do swego ojca. Czuje się tam obco. Jednak już pierwszego dnia w miejscowej szkole zdobywa nowych przyjaciół oraz spotyka intrygującego młodego chłopaka, Edwarda Cullena, który na jej widok zachowuje się dziwnie i irracjonalnie. To intryguje Bellę. I kiedy po kilku dniach młodzi ponownie się spotykają, a Edward zmienia zupełnie swój stosunek do niej, dziewczyna postanawia rozszyfrować dziwne zachowanie chłopaka. Tajemnica pochodzenia Edwarda okazuje się jeszcze bardziej niezwykła niż Bella mogła przypuszczać, bowiem chłopak nie jest człowiekiem, a ....
Potem akcja zaczyna rozwijać się w coraz szybszym tempie przybierając nieraz nieoczekiwany obrót. 
Powieść Meyer czyta się dość dobrze. Stopniowanie emocji, kończenie kolejnych rozdziałów w pasjonującym dla czytelnika momencie, skłania do szybkiego czytania, wręcz "pochłaniania" książki. Jednak jest pewne ale.....
Styl, który zaprezentowała nam pani Meyer, jest bardzo prosty, słownictwo niezbyt wyszukane, bohaterowie nie posiadają rozbudowanych portretów psychologicznych, choć są sympatycznymi postaciami (Bella czasami imponuje swoją odwagą - a może brakiem rozwagi, a Edward zaskakuje swoją wrażliwością).
Jednym słowem: miłe, nieskomplikowane czytadło, po które sięgamy by odetchnąć trochę po bardziej wymagającej lekturze.
Osobiście uważam, że trochę już wyrosłam z tego typu literatury. Myślę, że jej odbiorcami jest przede wszystkim młodsze pokolenie czytelników (a właściwie w tym konkretnym przypadku - raczej czytelniczek). Ale nie żałuję czasu spędzonego z Bellą i Edwardem, bo minął on całkiem przyjemnie. Być może, jeśli będę miała tylko taką możliwość, przeczytam kolejne tomy cyklu. Ale zupełnie nie odczuwam potrzeby wzbogacania swojej biblioteczki o te pozycje. 
Czy zachęcam do przeczytania? Ani tak, ani nie. Można przeczytać tę książkę, ale nie jest ona na mojej liście obowiązkowych lektur.

Moja ocena: 3/6

środa, 18 maja 2011

Jodi Picoult, Zagubiona przeszłość

 Już od dłuższego czasu spotykałam się na półkach księgarskich z powieściami nieznanej mi zupełnie autorki Jodi Picoult. Ponieważ zawsze było ich kilka zaintrygowało mnie to. Pomyślałam, że pewnie jest to popularna autorka, a ja nic o niej nie wiem. I kiedy w bibliotece zobaczyłam jej nazwisko na grzbiecie książki od razu zabrałam ją do domu, nawet nie patrząc na tytuł.
A teraz właśnie skończyłam czytać pierwszą powieść Picoult i wyznaję, że zrobiła na mnie spore wrażenie.
Autorka porusza szereg ciekawych problemów. Jest więc mowa o skrzętnie ukrywanej tajemnicy, o kłamstwie w imię miłości, o poszukiwaniu własnej tożsamości, o walce z nałogami, o wykorzystywaniu nieletnich, o..... można by było podać jeszcze kilka przykładów. A każda z tych spraw skłania nas do refleksji nad życiem, nad wyborami, których musimy dokonywać, nad poszukiwaniem prawdy, nad światem wartości ważnych dla każdego z nas, nad tym, co jest dobrem, a co jest złem, a czasem nad relatywizmem naszych życiowych wyborów.
Picoult umiejętnie wprowadza nas w świat swoich bohaterów, świat pełen subiektywnych odczuć, pełen emocji. Subiektywizm relacji osiąga poprzez oddanie głosu swoim bohaterom. Oto oni: Delia, Eric, Fitz, Andrew, Elise. To właśnie im pozwala Jodi Picoult przemawiać we własnym imieniu. Każdy z nich ma możliwość opowiedzenia swojej wersji historii, a opowieści te wzajemnie się przeplatają. Dzięki tej pierwszoosobowej narracji jesteśmy w stanie lepiej poznać motywy kierujące bohaterami, ich emocje, wątpliwości, zmaganie się z prawdą o sobie. Oni odkrywają przed nami nie tylko zewnętrzny świat następujących po sobie faktów, ale pozwalają zajrzeć w głąb swojej duszy i odkryć w niej to, o czym nie wiedzą nawet o sobie nawzajem.
Sami bohaterowie nie są papierowymi postaciami. Są ludźmi z krwi i kości, nietuzinkowymi postaciami, których nie możemy jednoznacznie ocenić. Jest w nich wiele dobra, ale i czasem zła, a niektórych ich decyzji nie jesteśmy w stanie do końca pojąć. Oprócz bohaterów, którzy są narratorami tej opowieści, pojawiają się inne ciekawe i barwne postaci. Dla mnie taką jest niewątpliwie Ruthann, Indianka spotkana przez Delię w Phoenix, kobieta, która potrafiła zajrzeć w głąb duszy drugiego człowieka. Picoult stworzyła także intrygującą kreację Emmy Wasserstein, pani prokurator oskarżającej jednego z głównych bohaterów powieści.
Książkę czyta się dobrze, napisana jest bardzo przystępnym językiem. Dlatego mimo, iż porusza trudne tematy, mówi o nich w sposób zrozumiały dla szerokiego grona odbiorców.
Nie żałuję czasu spędzonego nad tą powieścią. Zamierzam przeczytać także inne książki tej autorki, a być może także skusić się na ich kupno.

Moja ocena 5/6 

czwartek, 5 maja 2011

David Baldacci, Kolekcjonerzy tajemnic


I znów sięgnęłam po sensację. Ostatnio często mi się to zdarza. Tym razem była to trzecia już z kolei czytana przeze mnie powieść Davida Baldacci'ego -  Kolekcjonerzy tajemnic.
Ponownie spotykamy się z sympatycznymi i dość ekscentrycznymi członkami Klubu Wielbłądów: Oliverem Stonem i trójką jego przyjaciół. Zostają oni wplątani w tajemnicze wydarzenia związane z dwoma morderstwami, z których jedno, mające miejsce w Bibliotece Kongresu (miejscu pracy Caleba Shaw'a), początkowo wcale na morderstwo nie wygląda.
Jednak zanim czytelnik będzie mógł skoncentrować się na losach czwórki przyjaciół, zostaje przeniesiony w zupełnie inne miejsce i spotyka nowych bohaterów, którzy na pierwszy rzut oka nie mają nic wspólnego z członkami klubu. Poznajemy więc Annabelle Conroy, piękną, tajemniczą i uzdolnioną oszustkę, która postanawia zemścić się na człowieku, który .... (nie będę jednak zdradzać przebiegu akcji).
Dopiero mniej więcej w połowie powieści, w wyniku dziwnych splotów okoliczności, krzyżują się drogi Annabelli i członków Klubu Wielbłądów. 
Od tego momentu akcja nabiera tempa, stając się ciekawszą i trzymającą czytelnika w napięciu. Teraz trudno oderwać się od książki. Pojawiają się kolejne komplikacje, a nasi bohaterowie nie mogą ustrzec się od błędów. Zdarzają się chwile, że błądzą w ciemnościach nie mogąc trafić na właściwy trop. Jednak jak zawsze sprawiedliwość zwycięża, a źli zostają ukarani.
Powieść czyta się dobrze. Jest napisana lekkim, przystępnym dla każdego stylem. Akcja jest prowadzona sprawnie, toczy się wartko, czasami autor zaskakuje nas niespodziewanymi jej zwrotami, chociaż czytelnik od samego początku zna tych "złych" i domyśla się końca. 
Dużym plusem powieści są dla mnie bohaterowie czyli przede wszystkim członkowie Klubu Wielbłądów oraz wzbudzająca od samego początku sympatię - Annabelle Conroy. To właśnie jej postać nadaje powieści pewnego smaczku i pikanterii. Swoją tajemniczością i pomysłowością nie odbiega ona znacznie od Olivera i jego przyjaciół. Szczególnie dużo wspólnego łączy ją właśnie z Oliverem.
Jednym słowem jest to dobra powieść sensacyjna, lecz według mnie troszkę słabsza niż czytane przeze mnie wcześniej trillery: Klub Wielbłądów czy Krytyczny moment.

Moja ocena 4/6

środa, 27 kwietnia 2011

David Baldacci, Klub Wielbłądów

"Wielbłądy to zwierzęta bardzo wytrzymałe i zawzięte [...] I nigdy się nie poddają." Te słowa wypowiedział jeden z głównych bohaterów powieści Davida Baldacciego Klub Wielbłądów - Oliver Stone, wyjaśniając tym samym nazwę "klubu", któremu przewodniczył.
I rzeczywiście czterej członkowie tego nieformalnego klubu,którego celem było wykrywanie głęboko skrywanych tajemnic rządowych i spisków, nie mieli zamiaru poddawać się nawet wtedy, gdy groziło im niebezpieczeństwo, a nawet śmierć.
Książka Baldacciego jest trzymającym w napięciu trillerem politycznym, którego bohaterowie uczestniczą w pełnym niebezpieczeństw wyścigu z czasem, a stawką w grze jest życie prezydenta Stanów Zjednoczonych i pokój na świecie.Wartko prowadzona akcja, niespotykane jej zwroty i niekonwencjonalne rozwiązania są niewątpliwym atutem powieści. Nie brak również głęboko skrywanych tajemnic motywujących postępowanie bohaterów. Wśród szeregu barwnych postaci pojawiających się w trillerze na uwagę zasługują przede wszystkim sami członkowie Klubu Wielbłądów. Każdy z nich jest indywidualnością o ekscentrycznych zachowaniach, a czasem także wyglądzie. Każdy także skrywa głęboko tajemnice dotyczące swej przeszłości. Jednocześnie każdy z nich jest lojalny wobec pozostałych i gotów do poświęceń, nawet tych największych - swego życia.
Słabym punktem powieści jest według mnie nie do końca czytelna motywacja postępowania bohaterów stojących po tzw.drugiej stronie barykady czyli przeciwników Klubu Wielbłądów ( przynajmniej ja gubię się  w tym troszkę ).
Podsumowując: książkę czytało mi się dobrze, choć nie "pochłonęłam" jej w tak krótkim czasie jak poprzednią powieść Baldacciego Krytyczny moment, który przeczytałam w ciągu jednego dnia (udało mi się!). Mogę ją spokojnie polecić wszystkim wielbicielom sensacji i trillerów politycznych. W niedługim czasie mam zamiar przeczytać kolejną powieść tego autora, w której również występują członkowie Klubu Wielbłądów - Kolekcjonerów tajemnic.
Moja ocena 5/6

czwartek, 21 kwietnia 2011

Jeffrey Archer, Tajemnica autoportretu


Tajemnica autoportretu to kolejna książka Archera, po którą sięgnęłam. Nie ukrywam, że do jej przeczytania zachęcił mnie tytuł, a właściwie kryjący się pod słowem "autoportret" obraz Vincenta van Gogha Autoportret z zabandażowanym uchem. Bardzo lubię powieści, w których obecny jest motyw sztuki i tym razem się nie zawiodłam.

Książka Archera to typowa powieść sensacyjna. Główna bohaterka, Anna Petrescu, jest obdarzoną fenomenalną pamięcią znawczynią sztuki. Pracując u nowojorskiego bankiera Bryce'a Fenstona odkrywa, że postępuje on nieuczciwie, wzbogacając się dzięki stosowaniu nieetycznych metod, a jego działania przekraczają granice prawa. Kiedy pracodawca Anny odkrywa, że dziewczyna przejrzała jego poczynania, zwalnia ją z pracy. Anna nie daje za wygraną i postanawia ostrzec nową ofiarę byłego szefa. Rozpoczyna się "gra" pomiędzy bogatym i bezwzględnym bankierem, a na wskroś uczciwą i sprytną agentką sztuki. A stawką w tej grze jest m. in. obraz van Gogha. 
Tropem Anny wyrusza wysłana przez Fenstona płatna morderczyni Olga Krantz. Co ciekawe całą trójkę łączy jedna rzecz - pochodzenie; wszyscy troje są emigrantami z Rumunii. Nawet w ojczyźnie stali po dwóch stronach barykady; Fenston i Krantz wspierali reżim Ceausescu, a ojciec Anny walczył z nim.
Aby dodać jeszcze większej pikanterii Archer umieścił akcję w czasie terrorystycznego zamachu na WTC 11 września 2001 roku. Powieść rozpoczyna się 10 września. W ciągu kilku dni Anna podróżuje ze Stanów Zjednoczonych przez Kanadę do Europy. Tu odwiedza Anglię i ojczystą Rumunię, by potem udać się do egzotycznej Japonii. E całej podróży towarzyszą jej: van Gogh, Olga Krantz oraz ..... Kto jeszcze podróżuje w pogoni za van Goghiem? Kim jest ta tajemnicza osoba i jakie są jej zamiary? A najważniejsze pytanie: po czyjej stronie się opowie?
Powieść Archera napisana jest z polotem. Szybka narracja, nieoczekiwane  zwroty akcji , sprawiają, że czyta się ją z zapartym tchem i trudno się od niej oderwać. Galeria barwnych i ciekawych postaci, występujących po obu stronach barykady, również przyczynia się do podniesienia walorów artystycznych powieści.

Polecam ją wszystkim, którzy lubią dobrą sensację. Jest to świetna książka do poczytania. Wszyscy, którzy sięgną po nią, by pogłębić swoją znajomość sztuki, trochę się zawiodą. Wiadomości z zakresu sztuki, które podaje Archer nie zaspokoją wielkiego głodu wiedzy, ale przecież nie o to w tym wszystkim chodziło. Ci, którzy chcą wiedzieć więcej na temat van Gogha i jego autoportretu, muszą zajrzeć do bardziej fachowej literatury.

Moja ocena 5/6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...