Dziś wracałam piechotką z pracy (ok. 30 minut drogi), miałam wiec sporo czasu na rozmyślanie. I o czym myślałam? Oczywiście o książkach. Wczoraj przeczytałam na jednym z blogów recenzję o pewnej powieści (mniejsza o to jakiej), którą recenzent nazwał z sympatią "dobrym czytadłem". Zaczęłam się więc zastanawiać czym dla mnie jest to tzw. "czytadło" i czy ja takie czytadła czytam. Stąd zrodził się pomysł na ten post.
Zajrzałam zaraz do Słownika Języka Polskiego i przeczytałam, że czytadło to "potocznie książka, którą się łatwo, przyjemnie czyta, ale o niewielkiej wartości literackiej". W innym słowniku zaś napisano, że jest to "powieść łatwa w odbiorze, zaspakajająca potrzeby i gust mało wybrednego czytelnika".
Nasuwa się więc pytanie: co mamy czytać? - literaturę klasyczną (tzn. "dzieła literatury pochodzące z różnych okresów historycznych, które uznawane są za doskonałe" - przez kogo? rzecz jasna przez krytyków literackich ) czy właśnie popularne czytadła?
Myślę, że powinniśmy mieć czas i na klasykę i na literaturę lżejszą w odbiorze. Co nie oznacza, że klasyka musi nużyć, a jej czytanie musi sprawiać nam wiele trudności. Klasykę też można przecież pokochać.
Czym są dla mnie czytadła? Nie wyobrażam sobie mojej osobistej półki bibliotecznej bez tego typu książek. Kocham czytadła i wcale się tego nie wstydzę. Czytam przecież po to, aby się odprężyć, aby uciec od zwykłej, szaroburej rzeczywistości w krainę marzeń i fantazji. Czytam, by wraz z bohaterami przeżywać ich radości i smutki, bać się, rozwiązywać trudne zagadki kryminalne, podróżować, podziwiać przepiękne krajobrazy czy dzieła sztuki. Czego wiec szukam w książce? Wartko prowadzonej akcji, pełnej przygód, nowych wyzwań; ciekawych, barwnych bohaterów; tajemnic, które trudno jest rozwikłać; wielkiej, prawdziwej miłości, przyjaźni.... To wszystko dają mi właśnie książki. I to zarówno te, które nazwałabym czytadłami: lekkie, przyjemne, łatwe w odbiorze, jak i te, które zaliczyć można do tzw. literatury "z wyższej półki". To, po jaką książkę sięgnę, zależy od nastroju w jakim jestem, od moich oczekiwań związanych z lekturą, a czasem po prostu od tego, co mam pod ręką.
I to nieprawda, że czytadła nie pobudzają do refleksji, nie wywołują emocji. Moim zdaniem właśnie po to są. Często poruszają ważne dla nas problemy, mówią o sprawach trudnych prostym, zrozumiałym i łatwym w odbiorze językiem. Dzięki temu przemawiają do większego grona czytelników, bo chętniej sięgamy po popularne czytadła niż po wielkie dzieła klasyki. Dlaczego? Nie zawsze dlatego, że tych drugich nie doceniamy, czy nie rozumiemy. Ja często wolę sięgnąć po sensację, kryminał, popularną powieść obyczajową czy nawet romans, szczególnie wtedy, gdy w lekturze szukam wytchnienia, gdy po porostu potrzebuję tzw. rozrywki. Czasem po prostu jestem zbyt zmęczona, by wgłębiać się w piękny, lecz trudny język niektórych pisarzy przez krytyków uznawanych za klasycznych, doskonałych, wielkich. Co nie oznacza, że w sprzyjających okolicznościach nie będę zachwycała się właśnie ich dziełami.
O gustach się nie dyskutuje. Każdy czyta to, co mu się podoba. A w podejściu do literatury, tak jak i w życiu, ważna jest szczerość. Jeżeli nie podoba mi się Lalka Prusa, czy Ulisses Joyce'a, to po prostu tego nie czytam. A jeśli większą przyjemność sprawia mi saga Zmierzch czy romanse Barbary Cartland, to po nie właśnie sięgam. I o to według mnie w czytaniu chodzi (oczywiście w tym czytaniu dla przyjemności, nie mówię tu np. o książkach, które musimy przeczytać np. z racji swojego zawodu). Czytam, bo sprawia mi to radość, czytam to, co lubię, co mnie interesuje, co wywołuje we mnie dreszczyk podniecenia i emocji.
I jeżeli to są czytadła, to czytam właśnie CZYTADŁA.