Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 maja 2011

Sigrid Undset, Krzak gorejący


 
Długo się zabierałam do napisania o tej powieści norweskiej laureatki Nagrody Nobla. A teraz jak usiadłam do tego posta, to tak naprawdę nie wiem co napisać. 
Powieść Sigrid Undset wywołała we mnie silne emocje. Do jej przeczytania zachęcił mnie tytuł, który od razu skojarzył mi się z biblijnym Mojżeszem, oraz krótka informacja na okładce. Miałam co do tej książki pewne oczekiwania i muszę powiedzieć, że się nie zawiodłam. 
Główny bohater, Paul Selmer, jest człowiekiem sukcesu, ma dobrze prosperującą firmę, żonę i dwoje dzieci. Wydawałoby się, że niczego do szczęścia mu już nie trzeba. A jednak..... Odczuwa on pewną pustkę wewnętrzną, czegoś mu w życiu brak. Sens odnajduje w wierze katolickiej. Najpierw długo studiuje Biblię pod okiem katolickiego księdza, potem przyjmuje chrzest i pozostałe sakramenty święte. Od tej pory jego życie ulega zmianie. Fakt przejścia na katolicyzm zmienia spojrzenie Paula na rodzinę, pracę, znajomych, obcych ludzi, a także sprawia, że rodzina i znajomi zaczynają inaczej patrzeć na bohatera.
Krzak gorejący jest wnikliwym studium człowieka, który zmienia wiarę i stara się potem jak najlepiej żyć tą nową wiarą, poznawać jej tajniki, jej przykazania, a potem stosować je w swoim własnym życiu. Zastanawiałam się skąd Undset tak dokładnie i drobiazgowo potrafiła oddać myśli i odczucia bohatera i odpowiedź odnalazłam w jej życiorysie. Sama pisarka bowiem przeszła na katolicyzm, więc z autopsji znała te różnorodne odczucia, wrażenia i wątpliwości towarzyszące tym, którzy jako dojrzali ludzie, w pełni świadomie, zmieniają swoją wiarę. 
Powieść napisana jest bardzo zajmująco choć nie spotkamy w niej zawrotnego tempa akcji (jak np w powieściach sensacyjnych czy przygodowych). Raczej biegnie ona dość powoli ;nic się ważnego nie dzieje , zwykła codzienność, można rzec "wieje nudą"; a raptem coś się wydarzy i tempo naszego życia nagle wzrasta. 
Początkowo wydawało mi się, że losy bohatera potoczą się przewidywalnie i muszę przyznać, że kilkakrotnie pisarka zaskoczyła mnie niespodziewanymi zwrotami akcji. Prowadziła swojego bohatera drogami, które nie były utartymi szlakami, a często dążyły do zupełnie nieoczekiwanych rozwiązań czy decyzji podejmowanych przez Paula.
Sporo miejsca w powieści zajmują rozważania bohatera, bądź jego rozmowy z bliskimi, dotyczące kwestii wiary i podejścia do życia. I niestety chwilami refleksje te były według mnie zbyt długie i rozwlekłe. Często "łapałam" się na tym, że traciłam zupełnie sens wypowiedzi nie mogąc za nią podążyć z powodu znużenia wywołanego właśnie jej długością , a czasem i zawiłością. Ale to, według mnie, jedyna poważna wada tej powieści.
Jest to i zarazem nie jest to powieść dla każdego. Mam wrażenie, że czytelnika nie obeznanego z wiarą katolicką może ona znużyć, a nawet i zirytować. (Zastrzegam, że jest to moje osobiste odczucie i nikogo nie chciałabym nim urazić - nie mam takiej intencji. Mogę się przecież mylić.) Mimo to polecam tę powieść, także ze względu na piękny styl autorki, ciekawe rozważania na temat życia i wartości, które są dla nas najważniejsze. 
Nie znałam do tej pory twórczości Sigrid Undset i kojarzyło mi się jej nazwisko wyłącznie z powieścią historyczną Krystyna, córka Lavransa. Nie żałuję czasu spędzonego nad lekturą, a być może kiedyś przeczytam i inne powieści norweskiej pisarki.

Moja ocena 5/6 (to ze względu na te trochę przydługie rozważania)

Eliza Orzeszkowa, Gloria victis

Gloria victis..... chwała zwyciężonym!
Rzeczywiście tytuł tej noweli Orzeszkowej najlepiej oddaje przesłanie utworu. Króciutka nowelka, ale napisana z wielką wirtuozerią. Ten sam piękny styl autorki, który widzimy na kartach pisanego w tym samym mniej więcej czasie Nad Niemnem. Tylko mniej , co prawda pięknych, ale chwilami przydługich opisów przyrody. Ale i w tym utworze natura odgrywa znaczącą rolę: jest jednocześnie świadkiem jak i narratorem rozgrywających się wydarzeń. 
Akcja noweli toczy się w czasie powstania styczniowego i rozwija się wokół losów trzech głównych postaci: Romualda Traugutta (późniejszego dyktatora powstania ), Jagmina oraz Marysia Tarłowskiego.
Nie będę tu odwoływać się więcej do treści utworu (opinia nie może przecież rozmiarem przerosnąć dzieła autorki). Wiadomo, jak powstanie, to musi być i bitwa i odwaga i poświęcenie i może nawet śmierć. 
Mnie zauroczył w tym krótkim utworze  poetycki język Orzeszkowej, jednocześnie soczysty, barwny i konkretny. Nie ma tu niepotrzebnych słów. Szczególnie zachwycił mnie opis bitwy, a może  - potyczki, pomiędzy powstańcami a Rosjanami, których nazywa pisarka  "szarą masą". 
A najbardziej wzruszający obraz - mały krzyżyk u stóp "wielkiego pagórka usypanego ręką ludzką".
Jednym słowem Gloria victis to prawdziwa perełka wśród małych utworów prozatorskich.

Moja ocena 5/6

Na zakończenie postu pragnę podzielić się swoimi nowymi zdobyczami. Wczoraj odebrałam paczkę, a w niej:

Wymieniam od góry:
1. Wojciech Tochman, Bóg zapłać (to na wyzwanie Reporterskim okiem)
2. Maureen Jennings, Pod gwiazdami smoka (zachęciła mnie do tego retro kryminału recenzja na którymś z blogów; co prawda chciałam wydaną u nas jako pierwszą Ostatnią noc jej życia, ale nie było więc zadowoliłam się ta pozycją; myślę, że się nie zawiodę, a kolejność w tym wypadku chyba nie jest taka bardzo ważna)
3. Katarzyna Michalak, Lato w Jagódce (nabytek też po recenzji na którymś z blogów - tyle ich przeglądam, że nie zawsze pamiętam o czym gdzie czytałam - przepraszam, może jednak powinnam)
4. Dorota Sumińska, Świat według psa (o tej książce marzyłam już od dawna i wreszcie stoi na mojej półce)
5. Dorota Sumińska, Autobiografia na czterech łapach (też bardzo chcę przeczytać, ale ten egzemplarz niestety pożyczony; już czeka w kolejce do przeczytania).

Pomału "ginę" już w tych książkach, ale to przyjemne uczucie. Szkoda tylko, że tak mało czasu na czytanie. Muszę chyba mniej spędzać go przy komputerze. Blogowanie wciąga jak narkotyk. Niestety - a może stety?

piątek, 6 maja 2011

Gaston Leroux, Upiór Opery


Dawno już nie pochłonęłam tak szybko czytanej przez siebie książki. Co prawda liczy sobie ona tylko 210 stron, ale nie mogłam się od niej oderwać. 
Oczywiście pragnęłam ją przeczytać przede wszystkim z powodu filmu zrealizowanego na podstawie musicalu Andrew Lloyda Webbera. Od początku zdawałam sobie sprawę, że zarówno musical jak i film nie są wiernym odtworzeniem powieści Gastona Leroux'a, dlatego nie czytałam książki z zamiarem porównania, a jedynie poznania pierwowzoru.

I nie zawiodłam się. Powieść Leroux'a od samego początku trzyma w napięciu. Jest przesyconą tajemnicą i  magią opowieścią o wielkiej miłości i poświęceniu. Autor buduje fabułę wokół pięknej i utalentowanej Krystyny Daae. Dziewczyna posiada wielki talent muzyczny, jest obdarzona niesamowitym głosem. Jednak po śmierci ojca,nie jest w stanie wykorzystać maksymalnie swych możliwości, popada w apatię. I nagle pojawia się niespodziewanie na scenie Opery, by oczarować swoim śpiewem dość wybredną publiczność. Co sprawiło, że młoda śpiewaczka w ciągu jednego wieczora podbija serca publiczności, a potem znika? I tu na kartach powieści pojawia się tajemnicza postać, dzięki której właśnie akcja nabiera charakteru niesamowitości, magii i iluzji. Kim jest? Aniołem Muzyki? Głosem? Czy może Upiorem Opery?
Leroux znakomicie buduje portret psychologiczny mężczyzny ukrywającego się przed światem z powodu swej brzydoty, rozgoryczonego życiem, nie potrafiącego do końca odróżnić dobra od zła. Jednocześnie mężczyzny zakochanego, który dla swej miłości jest w stanie zrobić wszystko; nawet zabić.Świadomy swej potwornej brzydoty  ukrywa swą twarz przed Krystyną licząc, że dziewczyna pokocha go dla jego wspaniałego głosu. Bo właśnie muzyka jest treścią życia przebywającego w podziemiach Opery Eryka. To poprzez muzykę wyraża swą osobowość, poprzez muzykę odkrywa swą duszę przed ukochaną. To dzięki muzyce jest w stanie zbliżyć się do niej. 
Eryk nie jest postacią jednoznaczną. Można go podziwiać, kochać go, współczuć mu i jednocześnie bać się jego nieokiełznanej natury, a nawet czuć do niego odrazę. To właśnie dzięki niemu powieść jest tak porywająca i nieprzewidywalna. Tak zresztą jak jej zakończenie. 
Pozostali bohaterowie powieści Leroux'a nie budzą już we mnie takich emocji. Są bardziej przewidywalni. Nie dziwiło mnie, ani nie zaskakiwało zachowanie ani Krystyny, ani zakochanego w niej z wzajemnością Raoula, wicehrabiego de Chagny.
Oprócz głównych bohaterów autor przedstawia też galerię postaci drugoplanowych, z których według mnie na uwagę zasługują obaj nowi dyrektorzy Opery, wprowadzający miejscami swoim zachowaniem  elementy humorystyczne, a także tajemnicza postać Persa, człowieka, którego wiele wiąże z ukrywającym się w Operze Upiorem.
Upiór Opery nie jest typową historią romantycznej, ckliwej miłości. Jest to powieść przesycona emocjami, które z wielką siłą targają bohaterami, a przede wszystkim tytułowym Upiorem. Jest to też powieść stawiająca czytelnikowi pytania. Czy miłość może tłumaczyć okrucieństwo? Czy miłość może zniewalać drugiego człowieka? Czy można miłość pomylić z litością? Czy w imię miłości można zapomnieć o podstawowych prawach drugiego człowieka? Czy prawdziwa miłość może być egoistyczna, czy musi się poświęcić?
Czytając powieść Gastona Leroux'a nie zawsze musimy dać odpowiedź na wszystkie pytania. Ale one w nas pozostaną. 
I tylko w jednym wypadku mam żal do autora: że napisał tak wciągającą  powieść, którą czyta się błyskawicznie i przez to zbyt krótko dane mi było obcować z jej bohaterami.

Ale przecież po przeczytaniu tej powieści można obejrzeć film, czy posłuchać przepięknej muzyki Andrew Lloyda Webbera i jeszcze raz odbyć podróż do Paryża początku XX wieku, jeszcze raz przyjrzeć się wielkiej miłości nieszczęśliwego Eryka do pięknej i utalentowanej Krystyny Daae.

Moja ocena 6/6 (może z małymi wątpliwościami; gdybym stawiała połówki dałabym 5,5/6)

czwartek, 28 kwietnia 2011

Bolesław Prus, Lalka


Są takie książki do których chętnie wracamy, a powody takiego stanu rzeczy są przeróżne. Nieraz czytamy kilkakrotnie daną pozycję, bo nam się bardzo podoba, czasami chcemy wrócić do niej, by po latach spojrzeć na nią z innej perspektywy, przez pryzmat naszych nowych doświadczeń. Dla mnie taką książką jest Lalka Bolesława Prusa. Przeczytałam ją już po raz trzeci bądź czwarty - dokładnie nie pamiętam.
Za każdym razem odkrywam w tej powieści coś innego. Pamiętam, że czytając ją pierwszy raz (jako lekturę w liceum) okropnie się wynudziłam. Zupełnie mi się nie spodobała, a Wokulski i Izabela nieustannie mnie drażnili swoim zachowaniem. Dziś myślę, że na taki negatywny odbiór tej powieści wpłynął też m. in. obejrzany wcześniej serial telewizyjny. Jakkolwiek zauważyłam, że jest to bardzo dobra ekranizacja powieści Prusa, jednak zupełnie nie przekonała mnie zagrana przez Małgorzatę Braunek główna bohaterka (prawdopodobnie dlatego, że nie darzyłam sympatią aktorki, denerwowała mnie jej gra i sposób interpretacji roli).
Po latach postanowiłam jeszcze raz dać szansę dziełu Prusa. I właśnie wtedy zakochałam się w Lalce. Urzekł mnie sposób prowadzenia narracji, przedstawianie głównego bohatera, Stanisława Wokulskiego, poprzez opinie innych bohaterów powieści (Rzeckiego, panny Izabeli, Prezesowej Zasławskiej, księcia, Tomasza Łęckiego, Szumana i wielu innych). Dzięki temu wielogłosowi czytelnik sam może wyrobić sobie zdanie na temat Stacha (jak nazywa go Rzecki). Ponadto narrator często oddaje  (pozornie) głos bohaterowi przedstawiając jego myśli i rozważania.

Prus na kartach swej powieści stworzył bogatą galerię postaci. Możemy tu spotkać przedstawicieli wszystkich warstw społecznych poczynając od arystokracji, a kończąc na bohaterach z ludu. Widzimy więc próżną i dumną Izabelę Łęcką i jej powierzchownego ojca - Tomasza Łęckiego, a także innych arystokratów (barona i baronową Krzeszowskich, księcia, panią  Wąsowską, bawidamka i utracjusza Starskiego, naiwnego barona Dalskiego czy bardzo pozytywnie przedstawioną Prezesową Zasławską).Prus wnikliwie przedstawia to środowisko ukazując jego wszelki wady i jednocześnie zwracając uwagę na zalety tej odchodzącej już właściwie klasy.
Inną grupę postaci stanowi zdeklasowana  i zubożała szlachta, której przedstawicielem jest stryj Wokulskiego czy jego subiekt i przyjaciel Ignacy Rzecki.
Dość licznie reprezentowane jest mieszczaństwo, które w powieści wyraźnie możemy podzielić na odchodzące już i tracące swoje wpływy mieszczaństwo niemieckie (rodzina Minclów) oraz zdobywające coraz silniejszą pozycję mieszczaństwo żydowskie (Szlangbaum - ojciec i syn).
Ciekawą grupę bohaterów stanowią przedstawiciele ludu - bracia Wysoccy, Marianna czy Węgiełek (wszystkim pomógł w jakiś sposób Wokulski).
A ukoronowaniem tej galerii jest sam Stanisław Wokulski, bohater, który nie daje się zamknąć w żaden schemat, człowiek pogranicza, pozytywista i jednocześnie romantyk.
Niewątpliwym plusem powieści są też wspaniałe opisy miast: Warszawy i Paryża, miast tętniących życiem, a przez bohatera postrzeganych jako przeciwieństwa. Chaotyczna, krępująca nowatorskie działania bohaterów Warszawa i uporządkowany, stwarzający możliwość rozwoju uzdolnionym jednostkom - Paryż. 
A czy dystans czasowy wpłynął na sama ocenę postępowania bohaterów? W pewnym sensie tak. Chociaż nadal irytuje mnie postępowanie i naiwność Stacha Wokulskiego, jednak dziś potrafię znaleźć jakieś okoliczności łagodzące. Rozumiem, że miłość naprawdę może być taka ślepa, jak miłość Wokulskiego do Izabeli. Tym bardziej, że ponad czterdziestoletni bohater, mimo, iż miał wcześniej żonę, nigdy nie był zakochany. I pewnie dlatego to uczucie zawładnęło całym jego jestestwem. Jak sam powiedział nie rozmieniał swego serca na drobne i długo czekał na prawdziwą miłość. A Izabela? Mój stosunek do niej niewiele się zmienił (choć w pamięci zatarł się obraz pani Braunek). Nadal uznaję ją za kobietę pustą, próżną, pozbawioną empatii w stosunku do ludzi wywodzących się nie z jej sfery. Chociaż i tu znajduję drobne okoliczności łagodzące, wynikające z wychowania bohaterki. Pozbawiona matki i ciepła i troskliwości ojca, który nie potrafił okazać córce uczucia, Izabela stała się kobietą zimną, nie potrafiącą kochać właściwie nikogo (chyba nawet siebie). 


Przeciwieństwem tej postaci jest pani Stawska. Kobieta o wielkim sercu, cierpliwie znosząca swoją trudną sytuację życiową, nigdy nie skarżą się na swój los, kochająca swoją matkę i jedyną córkę. Kobieta, w której według Rzeckiego, a także i mnie, powinien zakochać się Stach Wokulski. Ale jak  wszyscy wiemy - miłość nie rządzi się logiką, a właściwie rządzi się swoją własną logiką, którą nie do końca mogą pojąć nawet sami zakochani. Dlatego też Wokulski zakochuje się w arystokratce Izabeli, a nie w uroczej pani Stawskiej.
I jeszcze parę słów o zakończeniu. Podoba mi się właśnie takie niedopowiedzenie losów bohatera, to, że sam czytelnik może sobie dopowiedzieć co tak naprawdę się wydarzyło i kto zwyciężył w Stachu Wokulskim: pozytywista czy romantyk?
Mimo, iż się tak rozpisałam nie udało mi się zamieścić wszystkich swoich refleksji związanych z powieścią. Wynika z tego, że za kilka lat znów powinnam sięgnąć po dzieło Prusa i ponownie podzielić się swymi przemyśleniami. Wszystko więc przede mną.
 Kończąc chciałabym zwrócić uwagę na przepiękne ilustracje zdobiące moje trzytomowe wydanie Lalki. Wyszły one spod ręki Antoniego Uniechowskiego i świetnie wpisały się w atmosferę i klimat dziewiętnastowiecznego społeczeństwa polskiego.



Ocena 5/6 (mimo wszystko)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...