Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/6. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 listopada 2011

Izabela Sowa, Smak świeżych malin

Od kilku osób słyszałam pozytywne opinie o książkach pani Izabeli Sowy, kiedy więc zobaczyłam jej powieść na bibliotecznej półce doszłam do wniosku, że warto pożyczyć też jakąś lżejszą pozycję, przyjemną i łatwą w czytaniu.
I taką rzeczywiście okazała się książka Smak świeżych malin. Miłą, sympatyczną, dobrze napisaną powieścią, którą czyta się dla odprężenia w zimowe popołudnie i wieczór.

Bohaterką a jednocześnie narratorką powieści pani Izabeli jest młoda dziewczyna o wdzięcznym, aczkolwiek niespotykanym, imieniu Malina.  Książka napisana jest w formie pamiętnika, dziennika obejmującego rok z życia bohaterki. Malina to  dwudziestoparoletnia dziewczyna kończącą  studia. Rozstała się właśnie ze swoim narzeczonym, a ściślej to on ją porzucił sześć minut po północy 1 stycznia. 
Czytając książkę poznajemy losy Maliny i jej dwóch przyjaciółek: Ewy i Jolki. Śledzimy ich perypetie sercowe, problemy finansowe, ciągłe poszukiwania pracy i swego miejsca w życiu. W tle tych perypetii bohaterki pojawiają się członkowie jej rodziny: matka o dość histerycznym usposobieniu, ojciec, który zniknął z jej życia wiele lat temu, a teraz pojawił się by w nim znów trochę namieszać, młodszy brat Irek, ciepła i urocza babcia, której wróżby zawsze się sprawdzają (o czym mogą się przekonać nie tylko Malina i jej przyjaciółki, ale także jej profesor z uczelni).

Książkę czyta się szybko, gdyż zdecydowaną jej większość stanowią dialogi. Napisana jest językiem komunikatywnym, prostym, trafiającym do każdego odbiorcy. Jej plusem jest też humor widoczny w rozmowach bohaterek, a także w elementach satyrycznych  dotyczących naszej polskiej rzeczywistości (mania oglądania seriali-tasiemców, miałkość naszych reklam, czy perypetie związane z poszukiwaniem pracy).

Książka sympatyczna, dobra do poprawy humoru. Można ją przeczytać, ale dla mnie nie z gatunku MUST . 
Być może kiedyś sięgnę po inne powieści autorki.

Moja ocena: 4/5

poniedziałek, 5 września 2011

Walter Moers, Miasto Śniących Książek

Niestety z niezależnych od siebie powodów miałam w sierpniu pewien zastój w czytaniu, a ostatnio także w blogowaniu. Nieraz tak bywa, że są rzeczy ważniejsze. Chociaż z drugiej strony każdy mól książkowy  mógłby zakrzyknąć: Jak to!!!! To jest coś ważniejszego od czytania???!!!!

Mam natomiast wielką nadzieję, że wrzesień okaże się pod tym względem dla mnie łaskawszym miesiącem. Tym bardziej, że rozpoczęłam go lekturą powieści, w której książki odgrywają  zasadniczą rolę. Już sam jej tytuł sugeruje czytelnikowi, że sięgając po powieść Waltera Moersa znajdzie się on w świecie książek. 
Walter Moers zabiera nas do wyimaginowanego świata Camonii, którego jest odkrywcą i równocześnie wielkim znawcą. Miasto Śniących Książek to trzecia, po 13 1/2 życia kapitana Niebieskiego Misia oraz Rumo i cuda w ciemnościach, powieść o Camonii. Bohaterem i narratorem jest sympatyczny smok Hildegunst Rzeźbiarz Mitów pochodzący z Twierdzy Smoków, krainy,  której wszyscy bez reszty mieszkańcy poświęcili swoje życie literaturze. Hildegunst jest młodym, liczącym sobie zaledwie siedemdziesiąt siedem lat, początkującym poetą. A tak naprawdę to nie napisał jeszcze żadnego dzieła. Ale jego ojciec poetycki Dancelot Tokarz Sylab widział w nim wielki potencjał i nie miał wątpliwości, że kiedyś jego uczeń stanie się największym poetą w historii camońskiej  literatury. 
Akcja powieści rozpoczyna się w momencie śmierci Dancelota. Wyjawia on wtedy swojemu uczniowi długo skrywaną tajemnicę i przekazuje mu w spadku list, który całkowicie odmieni dotychczas beztroskie życie sympatycznego smoka. 
Po przeczytaniu listu otrzymanego od swojego ojca poetyckiego Hildegunst wyrusza w podróż do Księgogrodu, czyli tytułowego Miasta Śniących Książek, z zamiarem odszukania jego autora. Podróż ta stanie się wielką i niezapomnianą a zarazem ogromnie niebezpieczną przygodą. Na swojej drodze napotka on wiele przeszkód i pułapek, które będzie musiał ominąć by ujść z życiem i iść dalej dążąc wytrwale do celu swej podróży. Napotka też wiele mniej lub bardziej dziwnych stworów. Większość z nich będzie bardzo niebezpiecznych i groźnych; tylko niektóre będą do niego przyjaźnie nastawione. Jednak Hildegunst nigdy na początku nie będzie wiedział z kim ma do czynienia. Będzie więc musiał polegać na swoim sprycie i intuicji. A nie zawsze dokona właściwego wyboru i oceny sytuacji. 
Z krótkiego zarysu fabuły wyłania się obraz powieści przygodowej, rzec by można awanturniczej. I tak w istocie można zaklasyfikować książkę Waltera Moersa. Mieści się ona także w nurcie literatury fantasy, bo przecież wykreowany przez autora świat Camonii nie istnieje. Tak jak nie istnieją zamieszkujące ten świat stwory. A jednak jest  w tej książce jeszcze coś, jakieś drugie dno. 
W informacjach o niemieckim pisarzu można znaleźć wzmiankę o tym, że jest on autorem popularnych w Niemczech komiksów, słynnym ze swojej ironii i niepoprawności politycznej. I wydaje mi się, że odrobinę tej ironii można odnaleźć w Mieście Śniących Książek. Dotyczy ona zarówno oceny twórczości znanych pisarzy (nazwiska pewnych pisarzy ukrył autor w postaci stworzonych przez siebie anagramów), jak i całej otoczki związanej z pojawieniem się i zaistnieniem książki na rynku czytelniczym. Pojawia się ona czasem wtedy, gdy mowa jest to losach pisarzy i ich dzieł, gdy Moers ukazuje mechanizm tworzenia ze zwykłej przeciętnej książki popularnego dzieła. Nie omija także postaw czytelników ukazując w krzywym zwierciadle nasze mniejsze lub większe czytelnicze grzeszki.
Powieść Waltera Moersa to kolejna przeczytana ostatnio przeze mnie książka, która wywołuje u mnie mieszane uczucia. 
Lubię lekkie i przyjemne w czytaniu książki przygodowe, gdzie akcja goni akcję nie pozwalając czytelnikowi na chwilę oddechu. W pewnym sensie Moers zapewnia właśnie takie atrakcje, ale... Jak dla mnie jest ich czasem zbyt wiele, a szczególnie denerwująca była dla mnie liczba pojawiających się wciąż nowych stworów, w których pomału zaczynałam się gubić. Miejscami powieść przypominała mi niezapomniane dla mnie książki Alistaira MacLeana, w których bohater mimo sytuacji wyraźnie bez wyjścia uchodził cudem z życiem i jeszcze przy tym czuł się jak nowo narodzony.
Jednakże z drugiej strony cenię sobie tę książkę za ukryte w niej odniesienia do literatury, jej twórców czyli autorów oraz jej odbiorców czyli czytelników. I właśnie tak odczytywana powieść Moersa jest książką o książkach. 
Na zakończenie dodam, że opowieść o przygodach Hildegunsta urozmaicona jest ilustracjami autorstwa Waltera Moersa, które  przybliżają  napotykane w trakcie czytania nieznane nam stwory.
Mimo tego, że oczekiwałam od tej lektury więcej niż otrzymałam nie żałuję czasu poświęconego na spotkanie z sympatycznym Hildegunstem Rzeźbiarzem Mitów.

Moja ocena: 4/6

sobota, 20 sierpnia 2011

Katarzyna Berenika Miszczuk, Ja, diablica

Gdzie można spotkać pikietującą Joannę d'Arc albo pijących razem herbatkę Juliusza Cezara i Elvisa Presley'a? Oczywiście w piekle. W piekle w zręczny sposób wykreowanym przez panią Katarzynę Berenikę Miszczuk. 

Tytułowa diablica to Wiktoria Biankowska, młoda urocza dziewczyna, która w nieoczekiwany sposób została pozbawiona życia, a targ o jej duszę wygrał przystojny i podstępny diabeł Azazel. To on również zadecydował, że Wiktoria nie będzie przeciętną mieszkanką piekła czyli Niższej Arkadii, a zostanie właśnie diablicą. A to wiązało się z nadaniem dziewczynie mocy. Mocy, której Wiktoria nauczyła się szybko używać na swoją korzyść. W czym zresztą pomogła jej jedyna do tej pory diablica - Kleopatra. Tak, tak, mowa tu o najbardziej znanej w historii Egiptu Kleopatrze, żonie Cezara i Marka Antoniusza. To właśnie Kleopatra uświadomiła nowej diablicy, że może ona wracać na ziemię. Co zresztą Wiktoria skwapliwie wykorzystywała. 
A na ziemię oprócz jej kochanego brata Marka, który troszczył się o nią w zastępstwie rodziców, "ciągnął" Wiktorię jeszcze jeden mężczyzna - Piotruś, w którym była zakochana "na śmierć i życie". Żeby nadać lekkiej pikanterii romansowemu wątkowi autorka wprowadziła postać szalenie przystojnego i równie szalenie sympatycznego diabła Beletha zauroczonego (aby nie powiedzieć - zakochanego) Wiktorią.
Tyle na temat treści. Nie chcę bowiem zdradzać szczegółów fabuły. A działo się dużo, a nawet bardzo dużo. 

Ja, diablica to moja pierwsza włóczykijkowa powieść. Nie oczekiwałam literatury wysokiego lotu, raczej nastawiałam się na książkę przy której można świetnie się bawić i dobrze odpocząć. I taką książkę właśnie dostałam. Za co ją cenię? Za dowcip, taki lekki, często nieuchwytny, ale widoczny w przedstawianiu postaci, w dialogach, w pewnych sytuacjach. Czytając tę powieść nie zanosiłam się ze śmiechu, a jednak często się uśmiechałam, gdyż wprawiała mnie ona w dobry nastrój. Raz czy drugi poczułam pewien zgrzyt w tym dowcipie, ale ostatecznie wybaczyłam to autorce. 
Podobały mi się także kreacje głównych bohaterów. Moją największą sympatią cieszyli się oczywiście Beleth i Wiktoria (właśnie w tej kolejności) no i oczywiście Behemot (jakże by inaczej). Nie mogę także pominąć drugiej ciekawej pary czyli Kleopatry i Azazela, choć ten drugi może irytować swoją pychą i megalomanią. Niestety nie udało mi się polubić ukochanego Wiktorii - Piotrusia. Szczerze mówiąc nie wiem co tak naprawdę ona w nim widziała. Dla mnie to całkowicie bezbarwna postać. Do dziś nie rozgryzłam czy jest to zamierzony zabieg autorki czy może coś jej po prostu nie wyszło. Mam nadzieję, że okaże się to w kolejnej części. Myślę, że takowa będzie, bo sugeruje to zakończenie powieści.
Podsumowując: książka mi się podobała jako sympatyczne czytadło na wakacje (i nie tylko); taki trochę odstresowacz, trochę umilacz naszej szarej codzienności. Według mnie autorka cel osiągnęła - zapewniła czytelnikowi dobrą rozrywkę. Zdecydowanie wolę tę powieść od Zmierzchu Stephenie Meyer. Być może ze względu na nasze polskie realia, a może po prostu dlatego, że naszej kulturze bliższe są diabły niż wampiry. A może jest lepiej napisana? 
Choć pisałam, że to czytadło, ale dobre czytadło według mnie,więc może ocena będzie trochę zawyżona, ale daję tej powieści 4/5. 

Powieść pani Katarzyny Bereniki Miszczuk przeczytałam dzięki akcji "Włóczykijka" oraz uprzejmości wydawnictwa W.A.B.

Ps. Świetna okładka. Doskonały pomysł na ten "diabelski" błysk w oku. Niestety nie tak wyobrażałam sobie Seksownego Diabła (mimo to nadal go lubię).

wtorek, 28 czerwca 2011

Toni Morrison, Miłość

Kiedy na bibliotecznej półce ujrzałam książkę Toni Morrison zaraz przypomniała mi się niedawna rozmowa na jej temat. Moja znajoma zachwycała się prozą noblistki, a szczególnie jej powieścią Jazz. Co prawda ta powieść nosiła tytuł Miłość, ale postanowiłam ją przeczytać licząc na niemałą ucztę literacką. Czy się zawiodłam? Raczej nie, choć spodziewałam się więcej niż otrzymałam.
Bohaterkami tej opowieści są dwie stare już kobiety mieszkające w jednym domu: Heed i Christine. Kiedyś łączyła je przyjaźń mimo tego, że pochodziły z zupełnie odmiennych środowisk. Teraz łączy je nienawiść, której przyczyn należy szukać w decyzji dziadka Christine, który postanowił poślubić przyjaciółkę swojej wnuczki,  jedenastoletnią wówczas dziewczynkę.  Powieść rozpoczyna się w momencie gdy do zamieszkałego przez dwie kobiety domu przybywa młoda dziewczyna o imieniu Juniorka, którą zatrudnia jedna z kobiet w tajemnicy przed drugą. 
Historia Juniorki splata się i przeplata z historia Heed, Christine oraz bliskich im osób: Billego Coseya, dziadka Christine, May - jej matki, Sandlera i Vidy oraz ich wnuka Romena. Jest jeszcze tajemnicza postać kobiety, narratorki części powieści, o której początkowo wiemy niewiele, a której historia, związana z losami rodziny Coseyów, objawia nam się stopniowo. Tak jak stopniowo odsłaniają się nam tajemnice Billa Coseya, jednego z pierwszych czarnych ludzi interesu, i jego rodziny oraz osób związanych z prowadzonym przez niego hotelem. 

Miłość, to oczywiście powieść o miłości, ale także o towarzyszącej jej  nienawiści i zazdrości, zmysłowości i fascynacji, o przyjaźni, wierności i zdradzie, o próbie wydobycia się za wszelką cenę ze środowiska, w którym się żyje, o podstępie, wyrachowaniu, ale także o przebaczeniu.
Od pierwszych stron wciągają nas pogmatwane losy bohaterów. Niestety, według mnie, opowiedziane są one zbyt chaotycznie. Początkowo nie mogłam "połapać" się o kim mowa, o jakich czasach: współczesnych czy  wcześniejszych opowiada narrator. Jednak z czasem zaczęłam lepiej rozumieć i umiejętnie składać fragmenty różnych, przeplatających się historii. To według mnie jedyny większy minus  powieści. Poza tym czyta się ją dość dobrze (im bliżej końca tym lepiej - przynajmniej w moim odbiorze). Język jest w miarę prosty i przystępny, a jednocześnie widać, że pisarka po mistrzowsku operuje słowem. Mimo że części dialogowe zajmują mniej niż połowę książki długa miejscami narracja wcale nie nuży i nie utrudnia czytania.
Bohaterowie są ciekawymi i barwnymi osobowościami. Szczególnie polubiłam Christine za jej buntowniczy i dość trudny charakter. Juniorka, którą z początku polubiłam pod koniec powieści spłatała mi figla i zrobiła coś, z czym się zgodzić nie mogłam. Sympatią darzyłam też młodego Romena,  który nie zawiódł mnie do samego końca powieści. Podobało mi się też zakończenie, którego właściwie w takiej formie się nie spodziewałam.
Oceniam to moje pierwsze spotkanie z prozą Toni Morrison dość dobrze i na pewno sięgnę jeszcze po  inne jej powieści.

Moja ocena: 4/6 (obniżyłam za ten chaos w narracji)

czwartek, 5 maja 2011

David Baldacci, Kolekcjonerzy tajemnic


I znów sięgnęłam po sensację. Ostatnio często mi się to zdarza. Tym razem była to trzecia już z kolei czytana przeze mnie powieść Davida Baldacci'ego -  Kolekcjonerzy tajemnic.
Ponownie spotykamy się z sympatycznymi i dość ekscentrycznymi członkami Klubu Wielbłądów: Oliverem Stonem i trójką jego przyjaciół. Zostają oni wplątani w tajemnicze wydarzenia związane z dwoma morderstwami, z których jedno, mające miejsce w Bibliotece Kongresu (miejscu pracy Caleba Shaw'a), początkowo wcale na morderstwo nie wygląda.
Jednak zanim czytelnik będzie mógł skoncentrować się na losach czwórki przyjaciół, zostaje przeniesiony w zupełnie inne miejsce i spotyka nowych bohaterów, którzy na pierwszy rzut oka nie mają nic wspólnego z członkami klubu. Poznajemy więc Annabelle Conroy, piękną, tajemniczą i uzdolnioną oszustkę, która postanawia zemścić się na człowieku, który .... (nie będę jednak zdradzać przebiegu akcji).
Dopiero mniej więcej w połowie powieści, w wyniku dziwnych splotów okoliczności, krzyżują się drogi Annabelli i członków Klubu Wielbłądów. 
Od tego momentu akcja nabiera tempa, stając się ciekawszą i trzymającą czytelnika w napięciu. Teraz trudno oderwać się od książki. Pojawiają się kolejne komplikacje, a nasi bohaterowie nie mogą ustrzec się od błędów. Zdarzają się chwile, że błądzą w ciemnościach nie mogąc trafić na właściwy trop. Jednak jak zawsze sprawiedliwość zwycięża, a źli zostają ukarani.
Powieść czyta się dobrze. Jest napisana lekkim, przystępnym dla każdego stylem. Akcja jest prowadzona sprawnie, toczy się wartko, czasami autor zaskakuje nas niespodziewanymi jej zwrotami, chociaż czytelnik od samego początku zna tych "złych" i domyśla się końca. 
Dużym plusem powieści są dla mnie bohaterowie czyli przede wszystkim członkowie Klubu Wielbłądów oraz wzbudzająca od samego początku sympatię - Annabelle Conroy. To właśnie jej postać nadaje powieści pewnego smaczku i pikanterii. Swoją tajemniczością i pomysłowością nie odbiega ona znacznie od Olivera i jego przyjaciół. Szczególnie dużo wspólnego łączy ją właśnie z Oliverem.
Jednym słowem jest to dobra powieść sensacyjna, lecz według mnie troszkę słabsza niż czytane przeze mnie wcześniej trillery: Klub Wielbłądów czy Krytyczny moment.

Moja ocena 4/6

środa, 20 kwietnia 2011

Henning Mankell, Biała lwica


Przyszedł czas na mój pierwszy post z recenzją (a może lepiej jak na razie mówić o dłuższej opinii?). 
Biała lwica to druga, po Piątej kobiecie, przeczytana przeze mnie powieść Mankella. Ponownie zagłębiłam się w świat szwedzkiej policji i inspektora Kurta Wallandera. 
To, co urzekło mnie w pierwszej powieści, czyli połączenie wątku kryminalnego z problemami bezpieczeństwa we współczesnej Szwecji i próbach zorganizowania straży obywatelskiej, pojawiło się także teraz. Tym razem jednak problem społeczny nie dotyczy bezpośrednio Szwecji lecz Republiki Południowej Afryki. Mankell ukazuje kwestie segregacji rasowej związane z polityką Apartheidu w początkach lat 90_tych XX wieku (tj. u kresu tej polityki prowadzonej przez białych w RPA).
W klimat powieści wprowadza nas już Prolog. Jest rok 1918 i w Europie kończy się I wojna światowa. A w Afryce trójka młodych przyjaciół, Burów, zakłada organizację zwalczającą znienawidzonych Anglików oraz Murzynów. Mimo konspiracji, w ciągu kilkudziesięciu lat, rozwija się ona tak bardzo, że jej członkowie wpływają na najważniejsze decyzje życia politycznego w RPA. 
Wspólcześnie akcja rozpoczyna się od zaginięcia młodej kobiety, matki dwóch córek, członkini kościoła metodystów. Kiedy jej mąż zgłasza zaginięcie żony Wallander od samego początku przeczuwa,że kobieta prawdopodobnie nie żyje. Przez pierwsze kilkadziesiąt stron śledzimy poczynania inspektora i jego współpracowników zmierzające do odszukania zaginionej kobiety, Laury Akerblom. W ich trakcie policjanci natrafiają na dziwne ślady, które na pierwszy rzut oka nie mogą mieć nic wspólnego z poszukiwaną. A jednak... Przez przypadek dochodzi do znalezienia zwłok. Teraz Wallanderowi pozostaje wytropienie mordercy. 
I tu Mankell opuszcza Szwecję, by czytelnicy mogli przenieść się do południowej Afryki, kilkanaście dni wcześniej niż opisywane już wydarzenia. Tu poznają kulisy planowanego zamachu na Nelsona Mandelę oraz ludzi, którzy mają się do niego przyczynić: Jana Kleyna, Victora Mabashę, Konowalenkę, a później Tanię i Władymira Rykoffa. 
Od tej pory akcja będzie przenosić się z Afryki do Szwecji i odwrotnie, a losy Wallandera i niektórych z wymienionych postaci będą się coraz mocniej ze sobą splatać.
Trochę nudnawa z początku akcja, spowalniana częstymi retrospekcjami, od połowy książki zaczyna nabierać tępa. I chociaż czytelnik, który choć trochę zna współczesną historię, wie, że zamach nie może dojść do skutku, to jednak z zapartym tchem może śledzić ten wyścig z czasem pomiędzy zamachowcami, a szwedzką i afrykańską (jeśli można użyć takiego określenia) policją.
A tytułowa biała lwica? Pojawia się w powieści raz, choć jej wspomnienie będzie towarzyszyć prokuratorowi Georgowi Scheepersowi aż do końca. Białą lwicę ujrzał po raz pierwszy podczas wycieczki do Parku Narodowego Krugera. Zwierzę wylegiwało się nad rzeką. Jak pisze Mankell  "w poświacie księżyca sprawiała wrażenie idealnie białej". Mimo tchnącego od niej spokoju, sprawiała wrażenie "nieobliczalnego drapieżnika" kierującego się instynktem, który w każdej chwili może wyrwać się  ze "stanu błogiego lenistwa" i zaatakować. Scheepersowi nasunęło się skojarzenie z sytuacją w jego kraju. Wśród ludzi w jego ojczyźnie też czaił się taki drapieżnik gotowy do skoku. Mógł się ukrywać wśród Murzynów, którzy niecierpliwili się powolnością zmian zachodzących w ich sytuacji w kraju. Ale także mógł skryć się wśród białych obawiających się utraty swych wpływów i przywilejów.
I to właśnie wspomnieniu białej lwicy zawdzięczał Scheepers świadomość kim tak naprawdę jest.
Podsumowując, nie żałuję czasu spędzonego nad lekturą.  Chętnie sięgnę po dalsze powieści Mankella.
Ocena: 4/6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...