Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie korzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie korzenie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 września 2011

Naomi Novik, Smok Jego Królewskiej Mości

Dziś trochę bardziej rozrywkowo. W ramach stosikowego losowania (jeszcze sierpniowego) zostałam zobligowana do przeczytania pierwszego tomu cyklu Temeraire Naomi Novik.  Książkę tę kupiłam zachęcona notką na okładce. To był właściwie impuls. Jest to książka fantasy, a z tym gatunkiem do tej pory właściwie nie miałam do czynienia. Ale jednocześnie z zapowiedzi wynikało, że jest to nietypowe fantasy, bo połączone z powieścią historyczną. I tu tkwił właśnie haczyk, na który się złapałam - czasy napoleońskie. To jest to co misie lubią najbardziej. A jak dodać do tego postanowienie aby jednak zapoznać się z literaturą fantasy - nie było wyjścia. Książkę zamówiłam 
Czego się spodziewałam i czy się na niej zawiodłam? I tak i nie. Śpieszę z wyjaśnieniami. 
Zawiodłam się na wątku historycznym. Po pierwsze nie wpadłam na to, że jak autorka anglojęzyczna to raczej sympatią do Napoleona nie pała. Więc oczywiście są czasy napoleońskie - mamy tu bowiem wspomnianą wyprawę do Egiptu, koronację cesarską a punktem kulminacyjnym jest bitwa pod Trafalgarem - ale bohaterami są Anglicy, a Francuzi i Napoleon to ci źli. Zresztą realiów historycznych bardzo mało, tyle, aby czytelnik rzeczywiście poczuł, że wydarzenia te miały kiedyś miejsce, że akcja toczy się w rzeczywistym, znanym nam świecie. Na plan pierwszy jednak wybija się warstwa fantasy.
I ty znów zostałam mile zaskoczona. Ponieważ jednym z dwóch głównych bohaterów jest smok. A smoki to znów coś co misie lubią najbardziej. Uwielbiałam w dzieciństwie słuchać bajek o smokach i zawsze trochę mnie złościło, że przedstawiano je jako groźne i nieprzyjazne ludziom stworzenia. A mnie się wydawało, że smoki powinny być dobre, miłe i sympatyczne. Dlatego kochałam Smoka Wawelskiego z Porwania Baltazara Gąbki. To był właśnie wizerunek smoka z jakim mogłam się zgodzić. I proszę, po tylu latach znów mogłam spotkać takiego smoka. Temeraire jest bowiem niezwykle sympatycznym i do tego niebywale inteligentnym smokiem. Więc jak mogłam nie pokochać tej książki, jak mogłam nie czytać jej z zainteresowaniem. To był powrót do czasów dzieciństwa, czasów bajek, podań i baśni. 
Will Laurence jest kapitanem fregaty Reliant. Swoją przyszłość wiąże z karierą w Marynarce Wojennej. I nagle jego życie ulega drastycznej przemianie, która początkowo wytrąca go z równowagi. Anglicy na zdobytej francuskiej fregacie znaleźli smocze jajo, z którego  lada moment miał się wykluć smok. Aby nie stał się on dzikim smokiem należało zaraz po wykluciu nadać mu imię i nałożyć uprząż. Jednak osoba, która miała tego dokonać już na zawsze musiała zostać opiekunem smoka. Dla marynarza oznaczało to rezygnację z pływania i wstąpienie do Korpusu Powietrznego. Dzięki splotowi niefortunnych dla siebie zdarzeń to właśnie Willa wybrał sobie nowo narodzony smok. I tak Laurence stał się opiekunem Temeraire'a. Nie będę przedstawiać tutaj dalszych losów bohaterów - zainteresowanych odsyłam do książki. Chcę jednak napisać o nich parę słów.
Temeraire jest niesamowicie sympatycznym smokiem. Całkowicie oddanym swojemu kapitanowi. Jest bardzo pojętny, uczy się nadspodziewanie szybko, łatwo przystosowuje się do całkowicie nowych dla niego warunków. Jest też niezwykle inteligentny. Uwielbia kiedy Laurence mu czyta, chce się zapoznać z teatrem, pójść na koncert. Z czasem okazuje się, że kwestie matematyczne potrafi prędzej i lepiej zrozumieć niż jego opiekun. Ale przede wszystkim cenię Temeraire'a za jego dobroć, mądrość, pozytywne nastawienie do ludzi i smoków oraz jego wierność i miłość do Laurence'a.
Kapitan jest także ciekawą postacią. Początkowo nastawiony negatywnie do zmiany swego losu, zaczyna stopniowo przywiazywać się do swojego smoka. Rodzi się między nimi prawdziwie głęboka więź. Jeden jest w stanie oddać życie dla drugiego. Ponadto Laurence jest człowiekiem honoru, prawym, wrażliwym na krzywdę drugiej istoty. Jest surowym acz sprawiedliwym dowódcą. Potrafi bronić swego stanowiska, umie się także przyznać do błędu. No cóż - prawdziwy ideał. Jakże by mogło być inaczej w takiej "bajkowej" opowieści. 
I co jest ważne książkę czyta się bardzo dobrze i szybko. Akcja nie nuży. Autorka wciąż zaskakuje nas jej niespodziewanymi zwrotami. Jeżeli znamy historię - pewnych rzeczy możemy się domyślić, ale to nie zmniejsza naszego zainteresowania. Oczywiście, jak w baśni, wszystko zmierza do szczęśliwego zakończenia. Nie brak jednak wzruszających momentów - zawsze się wzruszam kiedy mowa o zwierzętach, a przecież smoki, nawet gadające, takowymi są. 
Czy warto przeczytać? Zależy co kto lubi. Jest to bowiem powieść fantasy, którą czyta się lekko, łatwo i przyjemnie przede wszystkim dla rozrywki. I nic więcej, a może aż tyle. Czasem warto także zatrzymać się nad takim czytadłem po prostu tak dla przyjemności. 
Specjalnie nie będę biegać za dalszymi częściami cyklu, ale jak mi wpadną w ręce - to czemu nie. Może wtedy, gdy mnie dopadnie chandra - usiądę pod kocem, wtulę się w swojego kota i znów powrócę do krainy dzieciństwa, gdzie smoki gadają ludzkim głosem. Czemu nie.......

Moja ocena: 5/6 (to przede wszystkim dla sympatycznego smoka)

poniedziałek, 18 lipca 2011

Isaac Bashevis Singer, Sztukmistrz z Lublina

Kolejne moje spotkanie z Noblistą. Ostatnio trochę się tego nazbierało i muszę zadbać o inne wyzwania czytelnicze. Już trzy miesiąca odkąd rozpoczęłam moje blogowe życie z wyzwaniami czytelniczymi, a niektórych nawet jeszcze nie tknęłam. 

Kolejne spotkanie z Noblistą, ale pierwsze z Singerem. Nagrodę Nobla otrzymał w 1978 roku już jako obywatel amerykański. Ale urodził się Singer na ziemiach polskich, a dokładnie na początku XX wieku w tzw. Kongresówce.  Był synem chasydzkiego rabina, jego dziadek ze strony matki był także rabinem. Stąd jego znajomość religii i kultury polskich Żydów, obyczajów i tradycji żydowskiego środowiska zamieszkującego wschodnie regiony Polski. 

W takich realiach, pod koniec XIX wieku, umieścił Singer akcję jednej z najliczniej czytanych jego powieści - Sztukmistrza z Lublina. Tytułowy sztukmistrz to Jasza Mazur. "Był pół-żydem - ani żydem, ani chrześcijaninem." (s. 7) Chociaż przed ludźmi udawał ateistę jednak wierzył w Boga. Jego obecność widział w każdym drzewie, kamyku, ziarenku piasku. Mimo to do synagogi od dawna już nie chodził, zapomniał także codziennych, tradycyjnych modlitw. Miał żonę Esterę, bogobojną żydówkę, która kochała męża ogromnie i wiernie przy nim trwała mimo jego długich nieobecności w domu. 
Bowiem całe życie Jasza podróżował, a to do Warszawy, a to na prowincję, a czasem także za granicę - do Rosji. Towarzyszyły mu zwierzęta (para koni, małpka, kruk i papuga) oraz Magda, jego asystentka, młoda dziewczyna, chrześcijanka, którą nauczył kilku sztuczek. Do domu przyjeżdżał na czas ważnych świąt żydowskich. Pobyt w Lublinie przeznaczał przede wszystkim na odpoczynek oraz wymyślanie i ćwiczenie nowych sztuczek. A potrafił Jasza wiele. Chodził po linie, wykonywał skomplikowane salta, znał wiele sztuczek karcianych, potrafił otworzyć każdy zamek, znał się na hipnozie. Wszystko to sprawiało, że jego występy cieszyły się znaczną popularnością. Niestety nie na tyle dużą by mógł występować w wielkich miastach za granicą. A marzyły mu się występy w Rzymie, Paryżu, Petersburgu, a może i w Ameryce.

Do tej pory Jasza żył sobie dość przyjemnie lawirując zgrabnie pomiędzy kobietami swojego życia: żoną Esterą, kochanką Magdą, jej matką Elżbietą czy narzucającą mu się Zewtel, porzuconą przez męża, ni to wdową, ni mężatką. Kiedy jednak pojawiła się kolejna kobieta, Emilia, sprawy zaczęły się komplikować. Emilia bowiem była inna niż znane mu do tej pory kobiety. Była chrześcijanką, wdową po profesorze, kobietą inteligentną i oczytaną. Miała też coś, o czym marzył skrycie Jasza - córkę Halinkę (Jasza nie miał potomka, gdyż Estera była bezpłodna). 
Każda z kobiet czegoś od niego oczekuje, czegoś żąda. Jasza nie potrafi odmówić, składa obietnice bez pokrycia. Nie umie poradzić sobie z zaistniałą sytuacją, nie potrafi podjąć konkretnej decyzji, ciągle zmienia zdanie, nie potrafi nawet poradzić sobie z własnymi uczuciami, chce wszystkiego, a jednocześnie sam nie wie czego tak naprawdę pragnie. Zaczyna mieć wątpliwości, dylematy. Do tej pory panował nad swoim życiem, wszystkie jego elementy potrafił ze sobą powiązać. Teraz nie wie jak ma postępować. Zaczyna podejmować niefortunne decyzje, które zaważą na życiu jego i związanych z nim kobiet, które to życie diametralnie zmienią. Wszystko to prowadzi do nieoczekiwanego zakończenia. Czytając powieść przeczuwałam niejako, że może się tak skończyć, nawet tego oczekiwałam. Jednak mimo to zakończenie zaskoczyło mnie swoją ekstremalnością i krańcowością. Powiedziałabym,że nawet lekko zirytowało, tak jak irytowała mnie postać tytułowego bohatera. 

Właściwie darzyłam Jaszę sympatią, bo tego człowieka nie da się nie lubić. Jest jak małe dziecko. No cóż - mężczyźni często tacy są. Ale jego postępowanie z zakochanymi w nim kobietami, jego niezdecydowanie, nieumiejętność postawienia sprawy jasno i wyraźnie, ogromnie mnie drażniło. Miałam czasem ochotę potrząsnąć nim i zmusić go do podjęcia sensownej decyzji, bądź jakiejkolwiek decyzji.
Przyznaję jednak, że Singer stworzył doskonały, rozbudowany psychologicznie portret głównego bohatera. Jest to postać barwna, żywa, budząca swoim postępowaniem głębokie emocje. Wobec takiej kreacji nie można przejść obojętnie. 

Singer zauroczył mnie nade wszystko klimatem swojej powieści. Zatrzymał na jej kartach obraz żydowskiego społeczeństwa końca XIX wieku. Drobiazgowo opisał jego zwyczaje, tradycję, kulturę, religię, a przede wszystkim mentalność. Czytając tę książkę przenosimy się do prowincjonalnego Lublina, jeszcze bardziej prowincjonalnych Piasków  oraz do stołecznej Warszawy, miasta zaczynającego się bujniej rozwijać, ale w porównaniu do wielkich europejskich stolic, "trącającego" mimo wszystko prowincją. Widzimy także galerię barwnych postaci: bogobojnych żydów, bezdomnych, złodziei, uczciwie zarabiających rzemieślników, wiernych żon i tych szukających przygód w ramionach kochanków.

Pomimo mojego ambiwalentnego stosunku do głównego bohatera zachęcam gorąco do przeczytania Sztukmistrza z Lublina, szczególnie tych czytelników, którzy jeszcze z pisarstwem Singera się nie zetknęli.

Moja ocena 5/6 (byłby plus, gdyby nie moja irytacja na tytułowego bohatera)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...