Od niedawna prowadzę swojego bloga i od niedawna również podczytuję inne blogi książkowe. Ostatnio na jednym z nich natknęłam się na długą i ciekawą dyskusję na temat recenzji pisanych na zamówienie redakcji. Ponieważ toczyła się ona jakiś czas temu uznałam, że dołączenie się do niej w tej chwili będzie już spóźnione. Pomyślałam sobie "I tak właściwie wszystko już zostało napisane".
Jednak temat ten nie dawał mi spokoju. Postanowiłam więc napisać kilka refleksji na swoim blogu.
Po pierwsze przyznaję, że dopiero niedawno dowiedziałam się o tym, że wydawnictwa wysyłają darmowe książki współpracującym z nimi osobom w zamian za recenzję. Do tej pory myślałam, ze recenzje pisane są przez tzw. "fachowców" zatrudnionych przez daną redakcję.
Muszę przyznać, że ten sposób promocji książek bardzo mi się podoba. Taka książka trafia bowiem do rąk "przeciętnego" (nie mam na myśli niczego złego używając słowa "przeciętny", bo myślę, że do końca to ten, kto recenzuje taki przeciętny wcale nie jest) czytelnika i według mnie jego spojrzenie na daną pozycję może być świeższe i "nieskażone" zbytnią "fachowością". Taka recenzja czy opinia o książce może prędzej trafić w gusta czytelnicze innych osób. Łatwiej jest nam ją przyswoić i łatwiej podjąć decyzję: czytać - nie czytać.
Spotkałam się z zarzutami wobec takich recenzji, że są stronnicze, "wazeliniarskie" i do końca nie mogę się z tym zgodzić. Oczywiście obiektywizm recenzji zależy od uczciwości recenzenta, ale dlaczego z góry zakładać, że takie osoby piszą zbyt pochlebne opinie, by zadowolić redakcję i otrzymać kolejną darmową pozycję do recenzji. Myślę, że większość tych opinii jest w miarę szczera. Wydaje mi się, że wydawnictwa proponując komuś współpracę najpierw zapoznają się z wcześniejszymi recenzjami danej osoby pisanymi na blogach czy różnych portalach poświęconych książkom (z tego co pisano w tej dyskusji zrozumiałam, ze właśnie tak zapraszani są do współpracy czytelnicy). I wtedy mogą się też zorientować w tematyce ulubionych przez daną osobę książek. I takie lub podobne pozycje dostają te osoby do recenzji. Więc dlaczego mają się im w większości przypadków nie podobać? I stąd opinie zazwyczaj są pochlebne. Oczywiście to jest tylko moje odczucie, które pojawiło się po przeczytaniu sporej liczby takich recenzji na blogach oraz na portalu LC (zazwyczaj recenzenci piszą o tym, że jest to książką, którą otrzymali od takiego, a takiego wydawnictwa; zresztą chyba nawet muszą o tym napisać).
Padł też zarzut dotyczący poziomu niektórych recenzji, a dokładnie, że pisane są na poziomie gimnazjalnym. I to może jest w niektórych przypadkach prawdą. Ale kiedy dotrzemy do krótkich informacji o osobie piszącej opinię, okazuje się, że jest to właśnie uczeń (najczęściej uczennica - tak się składa, że większość recenzji piszą kobiety)gimnazjum. Nie możemy więc oczekiwać recenzji na poziomie zawodowych krytyków literackich. Rozumiem jednak także oburzenie osób krytykujących takie recenzje. Ja patrzę jednak na to w ten sposób: najczęściej tacy młodzi czytelnicy recenzują powieści dla młodzieży, nierzadko z modnego i czytanego dziś przez młodzież nurtu fantasy. I według mnie to dobrze, bo spojrzą oni na taką książkę właśnie z pozycji odbiorcy, do którego dana powieść jest adresowana. A kto może najlepiej powiedzieć czy taka książka spodoba się młodemu czytelnikowi jak nie oni właśnie. Nie neguję w tym miejscu potrzeby bardziej fachowej krytyki i takie spojrzenie jest bowiem potrzebne. Z doświadczenia jednak widać, że ocena fachowców nieraz odbiega znacznie od zainteresowań młodzieży. Podam pierwszy przykład jaki przychodzi mi do głowy; Paulo Coelho - oficjalnie uważa się, że jego książki nie są na wysokim poziomie artystycznym i nie wnoszą nic wielkiego do naszego światopoglądu (spotkałam się także z opinią jednego z krytyków-wykładowców, że są bardzo płytkie), a przecież młodzież zaczytuje się jego powieściami. Parę dni temu spotkałam w bibliotece znajomą siedemnastolatkę - oddawała Jedenaście minut Coelho. Spytałam jak się jej podobała książka. Odpowiedziała, że bardzo, jak zresztą wszystkie jego powieści, które czytała. To jeden z wielu przykładów, a pewnie są i inne.
Mnie osobiście bardzo cieszy fakt, że młodzi ludzie czytają i to czytają dużo, i że chcą swoimi refleksjami z lektury podzielić się z innymi. A że nieraz czytają powieści, które bardziej wyrobionemu czytelnikowi wydają się puste, nic nie wnoszące, nawet infantylne, odbiegające od rzeczywistości. Według mnie to nie szkodzi. Mam bowiem zawsze nadzieję, że taki młody człowiek tak bardzo wciągnie się w świat książek, iż potem zacznie sięgać po bardziej wartościowe pozycje. A jeżeli na samym początku doświadczeń czytelniczych zacznie się nudzić z bardzo mądrą (i to rzeczywiście mądrą i wartościową) książką, szybko zniechęci się do lektury i w ogóle nic nie będzie czytał. Zastrzegam się, że jest to wyłącznie moje zdanie i można się z nim nie zgodzić i polemizować.
Uff!!!! Ale się rozpisałam.
Konkludując: uważam taką akcję wydawnictw za potrzebną. Jest to na pewno świetna promocja, ale przecież o to w dzisiejszym świecie chodzi. Kto nie umie się promować ten przegrywa. Byle robić to uczciwie i nie krzywdzić innych, czy nie dyskredytować konkurencji. Przypomniał mi się jeszcze jeden zarzut. Mianowicie, że recenzje jednej książki ukazują się w wielu miejscach w tym samym mniej więcej czasie. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że jest to związane z polityką wydawnictw, ale przecież maja do tego prawo.