Kolejne moje spotkanie z Noblistą. Ostatnio trochę się tego nazbierało i muszę zadbać o inne wyzwania czytelnicze. Już trzy miesiąca odkąd rozpoczęłam moje blogowe życie z wyzwaniami czytelniczymi, a niektórych nawet jeszcze nie tknęłam. Kolejne spotkanie z Noblistą, ale pierwsze z Singerem. Nagrodę Nobla otrzymał w 1978 roku już jako obywatel amerykański. Ale urodził się Singer na ziemiach polskich, a dokładnie na początku XX wieku w tzw. Kongresówce. Był synem chasydzkiego rabina, jego dziadek ze strony matki był także rabinem. Stąd jego znajomość religii i kultury polskich Żydów, obyczajów i tradycji żydowskiego środowiska zamieszkującego wschodnie regiony Polski.
W takich realiach, pod koniec XIX wieku, umieścił Singer akcję jednej z najliczniej czytanych jego powieści - Sztukmistrza z Lublina. Tytułowy sztukmistrz to Jasza Mazur. "Był pół-żydem - ani żydem, ani chrześcijaninem." (s. 7) Chociaż przed ludźmi udawał ateistę jednak wierzył w Boga. Jego obecność widział w każdym drzewie, kamyku, ziarenku piasku. Mimo to do synagogi od dawna już nie chodził, zapomniał także codziennych, tradycyjnych modlitw. Miał żonę Esterę, bogobojną żydówkę, która kochała męża ogromnie i wiernie przy nim trwała mimo jego długich nieobecności w domu.
Bowiem całe życie Jasza podróżował, a to do Warszawy, a to na prowincję, a czasem także za granicę - do Rosji. Towarzyszyły mu zwierzęta (para koni, małpka, kruk i papuga) oraz Magda, jego asystentka, młoda dziewczyna, chrześcijanka, którą nauczył kilku sztuczek. Do domu przyjeżdżał na czas ważnych świąt żydowskich. Pobyt w Lublinie przeznaczał przede wszystkim na odpoczynek oraz wymyślanie i ćwiczenie nowych sztuczek. A potrafił Jasza wiele. Chodził po linie, wykonywał skomplikowane salta, znał wiele sztuczek karcianych, potrafił otworzyć każdy zamek, znał się na hipnozie. Wszystko to sprawiało, że jego występy cieszyły się znaczną popularnością. Niestety nie na tyle dużą by mógł występować w wielkich miastach za granicą. A marzyły mu się występy w Rzymie, Paryżu, Petersburgu, a może i w Ameryce.
Do tej pory Jasza żył sobie dość przyjemnie lawirując zgrabnie pomiędzy kobietami swojego życia: żoną Esterą, kochanką Magdą, jej matką Elżbietą czy narzucającą mu się Zewtel, porzuconą przez męża, ni to wdową, ni mężatką. Kiedy jednak pojawiła się kolejna kobieta, Emilia, sprawy zaczęły się komplikować. Emilia bowiem była inna niż znane mu do tej pory kobiety. Była chrześcijanką, wdową po profesorze, kobietą inteligentną i oczytaną. Miała też coś, o czym marzył skrycie Jasza - córkę Halinkę (Jasza nie miał potomka, gdyż Estera była bezpłodna).
Każda z kobiet czegoś od niego oczekuje, czegoś żąda. Jasza nie potrafi odmówić, składa obietnice bez pokrycia. Nie umie poradzić sobie z zaistniałą sytuacją, nie potrafi podjąć konkretnej decyzji, ciągle zmienia zdanie, nie potrafi nawet poradzić sobie z własnymi uczuciami, chce wszystkiego, a jednocześnie sam nie wie czego tak naprawdę pragnie. Zaczyna mieć wątpliwości, dylematy. Do tej pory panował nad swoim życiem, wszystkie jego elementy potrafił ze sobą powiązać. Teraz nie wie jak ma postępować. Zaczyna podejmować niefortunne decyzje, które zaważą na życiu jego i związanych z nim kobiet, które to życie diametralnie zmienią. Wszystko to prowadzi do nieoczekiwanego zakończenia. Czytając powieść przeczuwałam niejako, że może się tak skończyć, nawet tego oczekiwałam. Jednak mimo to zakończenie zaskoczyło mnie swoją ekstremalnością i krańcowością. Powiedziałabym,że nawet lekko zirytowało, tak jak irytowała mnie postać tytułowego bohatera.
Właściwie darzyłam Jaszę sympatią, bo tego człowieka nie da się nie lubić. Jest jak małe dziecko. No cóż - mężczyźni często tacy są. Ale jego postępowanie z zakochanymi w nim kobietami, jego niezdecydowanie, nieumiejętność postawienia sprawy jasno i wyraźnie, ogromnie mnie drażniło. Miałam czasem ochotę potrząsnąć nim i zmusić go do podjęcia sensownej decyzji, bądź jakiejkolwiek decyzji.
Przyznaję jednak, że Singer stworzył doskonały, rozbudowany psychologicznie portret głównego bohatera. Jest to postać barwna, żywa, budząca swoim postępowaniem głębokie emocje. Wobec takiej kreacji nie można przejść obojętnie.
Singer zauroczył mnie nade wszystko klimatem swojej powieści. Zatrzymał na jej kartach obraz żydowskiego społeczeństwa końca XIX wieku. Drobiazgowo opisał jego zwyczaje, tradycję, kulturę, religię, a przede wszystkim mentalność. Czytając tę książkę przenosimy się do prowincjonalnego Lublina, jeszcze bardziej prowincjonalnych Piasków oraz do stołecznej Warszawy, miasta zaczynającego się bujniej rozwijać, ale w porównaniu do wielkich europejskich stolic, "trącającego" mimo wszystko prowincją. Widzimy także galerię barwnych postaci: bogobojnych żydów, bezdomnych, złodziei, uczciwie zarabiających rzemieślników, wiernych żon i tych szukających przygód w ramionach kochanków.
Pomimo mojego ambiwalentnego stosunku do głównego bohatera zachęcam gorąco do przeczytania Sztukmistrza z Lublina, szczególnie tych czytelników, którzy jeszcze z pisarstwem Singera się nie zetknęli.