wtorek, 18 października 2011

Olga Tokarczuk, Anna In w grobowcach świata

Powieść Olgi Tokarczuk Anna In w grobowcach świata to pierwszy polski tytuł w międzynarodowej serii MITY. 
Pomysł tej serii narodził się w 1999 roku w wydawnictwie Canongate Books. Polega on na reinterpretacji mitów i legend. Do udziału w tym przedsięwzięciu zostali zaproszeni wybitni autorzy z całego świata. Wydawnictwo "Znak" wraz z 33 innymi wydawnictwami na świecie podjęło się publikacji wszystkich książek powstałych w ramach tego projektu. 

Olga Tokarczuk sięgnęła po jeden z najstarszych mitów - sumeryjski mit o bogini Inannie. Inanna,  utożsamiana także z babilońską boginią Isztar, była czczona jako bogini miłości (szczególnie tej cielesnej) i wojny. Jedna z najbardziej znanych historii dotyczących tej bogini opowiada o jej zejściu do świata podziemnego Kur, którym władała jej siostra Ereszkigal. Inanna chciała rozszerzyć zakres swego panowania. Siostra jednak domyśliła się jej intencji, upokorzyła każąc oddać wszystkie atrybuty, stroje oraz ozdoby i na koniec uśmierciła. 
Inanna nie ufając siostrze zabezpieczyła się na taką okazję. Jej służka i posłanniczka, Ninszubur, miała udać się do innych bogów z prośbą o pomoc. Mimo wielu trudności oraz niechęci i obojętności niektórych bóstw Ninszubur udało się wypełnić posłannictwo. Inanna odzyskała życie, Ereszkigal obiecała wypuścić ją ze świata podziemnego, ale bogini musiała przysłać do Kur kogoś, kto by ją zastąpił. Nie wiadomo dlaczego Inanna wybrała Dumuziego, opiekuna pasterzy, który był jej kochankiem i meżem. 
Tyle mit.
Olga Tokarczuk wykorzystała go umieszczając akcję w mieście, mieście, które przypomina bardziej futurystyczne miasto przyszłości. Reinterpretując sumeryjski mit odwołała się do naszej cywilizacji, do naszej rzeczywistości. W odmalowanym przez Tokarczuk świecie możemy odnaleźć się my, ludzie XXI wieku. Możemy odnaleźć swoje lęki, frustracje, marzenia.
W tej pięknej epickiej opowieści autorka oddała głos kilku narratorom: wysłanniczce Anny In (Inanny) Ninie Szubur (Ninszubur), Netiemu - "kupie kości obciągniętych wyliniałą włóczką"* , kustoszowi w grobowcach świata i w końcu Annie Geszti (Gesztiannie) siostrze Dumuziego.
Piękny, poetycki język, swoboda operowania słowem, stworzenie magicznego świata oddającego jednocześnie naszą rzeczywistość, to niewątpliwe zalety tej powieści. 
Nie znam prozy pani Tokarczuk, nie potrafię więc ocenić czy książka ta odbiega stylem, sposobem narracji od innych jej powieści, czy jest inna czy wpisuje się w charakterystyczny nurt jej pisarstwa. 

Mnie osobiście Anna In w grobowcach świata przekonała do twórczości Olgi Tokarczuk. Wiele słyszałam o jej powieściach. O jej popularności świadczy niewątpliwie fakt, że czterokrotnie była zdobywczynią Nagrody Nike Czytelników, pięciokrotnie nominowana do tej nagrody i raz, w 2008 roku, została jej finalistką. Do tej pory dość słabo znałam twórczość współczesnych polskich pisarzy. teraz postanowiłam to nadrobić. I na swoją listę MUST  wpisuję nazwisko Tokarczuk.

Moja ocena: 5/6

czwartek, 13 października 2011

Marek Krajewski, Mariusz Czubaj, Aleja samobójców

Aleja samobójców to pierwszy kryminał wspólnie napisany przez znanego powszechnie w Polsce autora kryminałów Marka Krajewskiego oraz antropologa kultury Mariusza Czubaja. 
Zawsze się zastanawiałam jak to jest napisać wspólnie książkę. Ile jest w niej z autora poczytnych kryminałów, ile z antropologa. Bo niewątpliwie łączy ona obie te dziedziny.

W pewnym  luksusowym domu seniora, o wiele mówiącej  nazwie Eden, znaleziono oskalpowane zwłoki jednego z pensjonariuszy, inwalidy jeżdżącego na wózku. W tym samym czasie zaginął inny pensjonariusz, znany i ceniony profesor ..... oczywiście antropologii kultury, którego specjalnością były rany symboliczne. Na miejscu zbrodni pojawia się nadinspektor Jarosław Pater, jednak prawie natychmiast sprawę przejmuje ABW czyli Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Mimo wyraźnego zakazu Pater postanawia na własną rękę odszukać sprawcę brutalnego morderstwa. "Pies gończy" rozpoczyna śledztwo.

Czytałam ten kryminał z mieszanymi uczuciami. Niby  ciekawie zarysowana zagadka kryminalna, śledztwo prowadzone w miarę sprawnie, jednym słowem intryga wciąga czytelnika (przeczytałam ten kryminał w jeden wieczór - co ostatnio rzadko mi się zdarza). Jednak jest pewne ale....
Niezbyt przypadł mi do gustu sposób przedstawienia prowadzących śledztwo policjantów. W moim odczuciu detektyw, śledczy, policjant jednym słowem tzw. stróż prawa powinien być człowiekiem na wskroś kryształowym, świecącym przykładem, ewentualnie, aby był bliższy czytelnikowi, może być obdarzony niewielkimi wadami i słabostkami, często wzbudzającymi naszą sympatię. Tutaj jest jednak inaczej. Policjanci potrafią być równie brutalni jak przestępcy, nie stronią od przemocy, wulgaryzmów. W ich świecie na porządku dziennym jest zawiść, złośliwość, donosicielstwo. Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że nie brak wśród nich przykładów lojalności, przyjaźni i współpracy. 

Mimo wszystko rzeczywistość przedstawiona przez autorów wydała mi się zbyt przytłaczająca. Być może żyję chowając głowę w piasek i nie chcę zauważyć, że tak wygląda nasz obecny świat, ale wolę pozostać (przynajmniej jako czytelnik) w błogiej nieświadomości. "Romantyczna" wizja idealnego detektywa-dżentelmena jest mi mimo wszystko bliższa. 
Nie oznacza to, że nadinspektor Pater nie wzbudził mojej sympatii. Podobała mi się jego dbałość o poprawność językową (tak rzadko dziś spotykaną), jego umiejętność empatii ukryta pod szorstką powierzchownością, a przede wszystkim upór z jakim dążył do wykrycia zbrodniarza. 

Samo zakończenie było dla mnie zaskakujące, a pewne decyzje nadinspektora Patra (bardzo drażliwy na punkcie swego nazwiska, nie lubił gdy ktoś odmieniał je z użyciem literki "e") wręcz dziwiły (czy policjant rzeczywiście mógłby tak postąpić, czy to jest etyczne), choć w pewnym sensie spotkały się z moim zrozumieniem. Troszkę to zawile wygląda, ale nie chcę zdradzać zakończenia na wypadek gdyby ktoś jeszcze nie czytał, a miał zamiar to uczynić w przyszłości. 

Moja ocena: 3+/6

sobota, 8 października 2011

Ewa Nowak, Bardzo biała wrona

 "- A co to za bohomazy?
Wielkość liter rzeczywiście była taka, że w pierwszej chwili trudno się było domyślić, że składają się w jakieś słowa. Natalia jednak nie dała się zwieść, że to bohomazy. Poszukała początku napisu i wolno odczytała na głos:
-Bardzo, bardzo biała wrona!!! [...]
-Co za wandalizm! Świeżo malowane ściany! Z ludźmi nie dojdzie się do ładu.
-To nie wandalizm, tato.
-Nie? Więc jak to nazwiesz? Co to jest, jeśli nie wandalizm?
-To jest przemoc, tato. Przemoc psychiczna w czystej formie." *

O książkach Ewy Nowak słyszałam już od dawna i miałam ochotę sprawdzić, jak rzeczywiście pisze ta autorka. Podczas ostatniej wizyty w bibliotece zajrzałam więc także do działu dziecięco-młodzieżowego. Pierwszą książką pani Nowak, którą wzięłam w ręce była Bardzo biała wrona i to ją przyniosłam do domu. 
Zaczęłam przeglądać i ..... całkowicie pochłonęła mnie opowiadana przez autorkę historia. 

Bohaterką powieści jest Natalia Milewska. Spokojna, miła, kulturalna, wrażliwa. Wychowana w rodzinie pełnej ciepła i miłości, w atmosferze zaufania i uczciwości.
Dlatego nie jest przygotowana na to, co spotka ją w związku z Norbertem. Starszy od niej o dwa lata z pozoru jest bardzo sympatycznym chłopakiem, który poza Natalią świata nie widzi. To Norbert zainicjuje pierwsze spotkanie, to on będzie cierpliwie oplatał dziewczynę pajęczyną swego zainteresowania, aż ostatecznie zwróci ona na niego swoją uwagę. Z każdym dniem Natalia będzie się czuła bardziej związana z chłopakiem, kiedy go przy niej nie będzie jej myśli będą krążyć wokół niego. Aż Natalia stwierdzi, że kocha Norberta jak nikogo na świecie. Ale czy rzeczywiście to co czuje jest szczere? A może omotana przez Norberta, pilnowana na każdym kroku, spełnia tylko jego oczekiwania. 
Jej przyjaciele zaczynają zauważać, że z Natalią dzieje się coś niedobrego. Oni widzą, że związek z Norbertem, pozornie udany, nie przynosi dziewczynie szczęścia i uspokojenia. 
Czy Natalia także dostrzeże, że żyje w toksycznym związku, że jest ofiarą przemocy? 
Obok wątku głównego Ewa Nowak porusza w tej powieści szereg innych ważki8ch problemów. 
Pojawia się więc problem adopcji, problemów ze wzajemnym  zaakceptowaniem się członków powiększonej w ten sposób rodziny. Występuje tu też para znana z innej powieści pani Nowak Krzywe 10 - Milenka i Witek. Milenka jest przyjaciółką Natalii, jej związek z Witkiem jest bardzo udany. Jednak i oni przechodzą kryzys poznając czym jest wierność. 
Ewa Nowak pisze też o relacjach w przyjaźni, o tym czy prawdziwy przyjaciel to ten, kto nam potakuje czy może to ktoś taki,komu na nas zależy na tyle, że potrafi powiedzieć nam prawdę, nawet za cenę niezrozumienia i odrzucenia.

Dawno już wyrosłam z wieku młodzieńczego, ale wydaje mi się, że Ewa Nowak dobrze uchwyciła styl życia i  wysławiania się współczesnej młodzieży. To czy kreacje bohaterów są prawdziwe najlepiej według mnie oceniliby sami adresaci tej powieści. Mnie osobiście wydawało się, że Natalka, Milenka, Mucha, bądź co bądź uczennice pierwszej klasy liceum, są jak na swój wiek bardzo dojrzałe. Sposób w jaki oceniają sytuację, w jaki podejmują walkę o Natalię świadczy o ich mądrości i właśnie dojrzałości. Sama Natalia, gdyby nie jej zaślepienie w stosunku do Norberta, byłaby ideałem córki, siostry, przyjaciółki. Ale może taka właśnie jest dzisiejsza młodzież i jeżeli tak jest to chwała im za to.

Ewa Nowak pisze bardzo prostym i przystępnym językiem, a jednocześnie bardzo pięknym, nie stosując słów wulgarnych, nieprzyzwoitych. Ale taka powinna być książka dla młodzieży - zrozumiała i dająca pozytywny przykład. 
Myślę, że warto by po tę powieść sięgnęli także dorośli. I dla nich znajdzie się w niej materiał do przemyśleń. 
Przykładem mogą być relacje pomiędzy Natalią a jej wujkiem Marcinem. Często, nawet nie zdając sobie sprawy, dorośli potrafią sprawić przykrość dziecku, które bardzo kochają.

Ewa Nowak jest więc kolejną autorką powieści dla młodzieży, która potrafi przyciągnąć uwagę także starszego czytelnika, wzbogacić jego spojrzenie na świat, ułatwić zrozumienie młodego pokolenia. Ponieważ my starsi często zapominamy, że kiedyś też byliśmy młodzi.

Moja ocena: 5/6

* Ewa Nowak, Bardzo biała wrona, Egmont, Warszawa 2010, s. 268-269

czwartek, 6 października 2011

Joanne Harris, Świat w ziarnku piasku

Po przeczytaniu Czekolady byłam pewna, że po książki tej autorki jeszcze sięgnę. I tak się stało. Chociaż na półce stoją niedawno zakupione Rubinowe czółenka będące kontynuacją Czekolady, najpierw sięgnęłam po biblioteczny egzemplarz powieści Świat w ziarnku piasku.
Ponownie Joanne Harris zabrała mnie w wykreowany przez siebie świat na pozór realny i rzeczywisty, ale jednocześnie pełen magii.

Madeleine Prasteau, zwana przez wszystkich Mado, jest główną bohaterką a jednocześnie narratorką powieści. Urodziła się i większość swojego dzieciństwa spędziła na wyspie Le Devin u wybrzeży Wandei w osadzie zwanej Les Salants. Jednak jej matka, która pochodziła z kontynentu, nie mogąc przyzwyczaić się do wyspiarskiego życia, postanowiła opuścić wyspę i wraz z Mado udała się do Paryża. Teraz Mado, po śmierci matki, postanowiła powrócić do rodzinnej miejscowości. Nie było jej dziesięć lat. Mado cieszy się z powrotu, a jednocześnie ma pewne obawy. Zastanawia się jak przyjmie ją ojciec, który do tej pory nie odpisał na żaden z jej listów; jak przyjmą ją pozostali mieszkańcy wyspy.

Po przyjeździe Mado zauważa spore zmiany i to niestety zmiany na gorsze. Mieszkańcy Les Salants mają problemy z połowem ryb i homarów, część wioski została zalana, woda wdziera się na ląd zabierając fragmenty wybrzeża. A wszystkiemu winne są przypływy i odpływy, które zmieniły swój kierunek. 
Niepokojące jest jednak to, że mieszkańcy Les Salants nie podejmują walki o swoją wioskę. Żyją zasklepieni w  swojej tradycji i przesądach; ważniejsze są dla nich stare, zadawnione animozje niż potrzeba współdziałania. Tak więc naprawdę nic się nie zmieniło.

Mado nie miała zamiaru zostawać tu dłużej. W Paryżu zostawiła swoje małe mieszkanko i chciała tam wrócić. Teraz jednak uświadomiła sobie, że należy do społeczności Les Salants, że wyspa jest jej prawdziwym domem. Postanawia więc pomóc mieszkańcom wioski, zmusić ich do współpracy, do walki o plażę, o ziemię wciąż zabieraną przez morze. Niespodziewanie dla siebie znajduje oparcie w przybyszu, cudzoziemcu. Richard Flynn, zwany przez mieszkańców Les Salants Rougetem dla swojej rudej czupryny, jest tajemniczym mężczyzną, przybyłym z kontynentu, który szybko zjednuje sobie przychylność wyspiarskiej społeczności. 
Czy Mado i Flynnowi uda się zmienić mentalność tej tradycyjnej społeczności? Czy zwaśnione rodziny będą w stanie zapomnieć o wzajemnej niechęci i połączyć siły w walce z houssinianami? Czy Mado uda się naprawić stosunki z ojcem - małomównym, zamkniętym w sobie, rozgoryczonym, żyjącym przeszłością dziwakiem? I oczywiście czy Mado i Flynna połączy uczucie, czy będą potrafili znaleźć drogę do siebie, czy będą mogli sobie zaufać?

O tym wszystkim można przekonać się sięgając po  powieść Joanne Harris Świat w ziarnku piasku. Czyta się ją szybko i przyjemnie. Autorka stworzyła barwny świat wyspiarskiej społeczności. Ukazała trudy, uciążliwości i niebezpieczeństwa życia na wyspie. Jednocześnie nie pominęła jego piękna, które tkwi w zmaganiu się z trudnościami, w pokonywaniu własnych słabości, w dążeniu do zrozumienia siebie i do realizacji swoich marzeń. 

Niewątpliwym plusem powieści są ciekawe, barwne i sugestywne postaci bohaterów. Mieszkańcy Les Salants to ludzie nietuzinkowi, skrywający wielkie tajemnice, odważni, prawi, twardo stąpający po ziemi. Matthias Guenole, jego syn Alain i wnuk Ghislain, Aristide Bastonnet i jego wnuk Xavier, Capucine, Toinette, Cloude Brismand i przede wszystkim Gros Jean - ojciec Mado - to tylko niektórzy z przewijających się na kartach powieści bohaterów. Każdy z nich jest inny, niepowtarzalny. 

Wielką sympatią darzyłam główną bohaterkę. Mado jest osobą, która łączy w sobie siłę, wolę walki, wytrwałość w dążeniu do celu, upór z wrażliwym  usposobieniem. Jest zarazem twarda i delikatna. Jest twardo stąpającą po ziemi realistką i marzącą o miłości i bliskości romantyczką. Nie poddaje się przeciwnościom, nie rezygnuje,  potrafi zapanować nad rozgoryczeniem. Jednocześnie łatwo ją zranić. 

Książkę, jak już pisałam, czyta się szybko. Akcja może nie porywa swoją wartkością, toczy się w sobie właściwym tempie, tempie życia na wyspie, gdzie czasem długi czas nic się nie dzieje, a czasem przebieg wydarzeń jest tak gwałtowny, że trudno za nim nadążyć. Autorka pobudza też naszą ciekawość utrzymując ją w pełnej gotowości, poprzez misternie skonstruowaną sieć tajemnic i niedomówień. Chcąc je rozwiązać, chcąc się czegoś dowiedzieć - pochłaniamy historię opowiedzianą przez Mado. I choć zakończenia niektórych wątków są przewidywalne, to są momenty, w których autorka potrafi nas zaskoczyć i wytrącić nasze myśli i przypuszczenia z utartych kolein.

Świat w ziarnku piasku to może nie literatura przez ogromne L, ale na pewno dobra powieść do przeczytania w wolnej chwili. Powieść, która poprawi nasze samopoczucie, która umili nam czas spędzony na plaży (myślę, że bardzo dobrze czytałoby się ją właśnie nad morzem, gdy fale obmywają nasze stopy a my zażywamy słonecznej kąpieli) lub pod kocem przy buzującym na kominku ogniu i z kubkiem parującej kawy w ręku.

Moja ocena: 5/6

Ps. Zastanawia mnie tylko jedna rzecz - dlaczego książkę tą umieszczono w bibliotece na półce z fantastyką. Owszem jest w niej odrobina magii, ale ....

sobota, 1 października 2011

Wakacyjnych wspomnień czar (część trzecia)

Ostatnio mam czytelniczy zastój. Jest on w dużej mierze spowodowany "Panią Bovary", którą to zaczęłam czytać tydzień temu i nie mogę jakoś skończyć. 
Postanowiłam więc zamieścić ostatni odcinek moich wakacyjnych karkonoskich wspomnień. 
Dziś Zamek Chojnik.


Położony jest niedaleko Jeleniej Góry-Sobieszowa na szczycie góry Chojnik. Już z daleka widać bielejące wśród zieleni ruiny tego przepięknego niegdyś zamku.
Pod koniec XIII wieku śląski książę Bolesław Rogatka wzniósł na górze drewniany  dworek myśliwski, który prawdopodobnie w połowie XIV wieku został rozbudowany i zamieniony w warowny zamek przez wnuka Władysława Łokietka Bolka II Małego. Na skutek różnych perypetii zamek przeszedł w ręce króla Czech Karola Luksemburskiego. Nie na długo jednak, bo po śmierci księcia Bolka powrócił do jego żony Agnieszki Habsburskiej. Ta podarowała go w dzierżawę rycerzowi Gotsche Schoff II, który był protoplastą jednego z najznamienitszych rodów śląskich - Schaffgotschów.  Od tej pory zamek znajdował się w rękach członków tej rodziny, którzy pieczołowicie o niego dbali i zajęli się jego rozbudową. Już rycerz Gotsche Schoff II wybudował kaplicę zamkową. Potem jego następcy wzmocnili fortyfikację zamku, dobudowali wiele pomieszczeń gospodarczych, a w XVI wieku powstaje loch głodowy i 4-osobowy kamienny pręgierz. 




Zamek wielokrotnie bronił się przed najazdem nieprzyjaciół; zresztą jako jego usytuowanie na szczycie góry nie zachęcało do częstych najazdów. 
W XV wieku w okresie wojen husyckich właściciele Chojnika okryli się złą sławą raubritterów czyli rycerzy trudniących się zawodowo rozbojem na drogach. Łupili oni okoliczną ludność oraz kupców wrocławskich podróżujących do Czech. 
Ciekawa historia związana jest z Hansem Ulrykiem Schaffgotschem, który w czasie wojny trzydziestoletniej był stronnikiem cesarza i służył w wojsku Albrechta Wallensteina. Po jego zamordowaniu utracił, jako sprzymierzeniec generała, łaski cesarza - został aresztowany, a potem stracony , a zamek Chojnik okupowały wojska cesarskie. Po zakończeniu wojny w 1648 roku  powrócił do rąk rodziny Schaffgotschów, jednak z powodu zniszczeń wojennych i splądrowania pomieszczeń zamkowych, właściciele nie zamieszkali na zamku lecz w nowym pałacu  w pobliskim Sobieszowie. 






31 sierpnia 1675 roku podczas szalejącej w okolicy burzy piorun uderzył w basztę i w ciągu kilku chwil budynki zajęły się intensywnym ogniem. Po kilku godzinach po siedzibie wielkiego rodu pozostały jedynie ruiny i zgliszcza. Zamku nigdy nie odbudowano.
Jednak jego ruiny przyciągały podróżnych. Wielu turystów odwiedzało Chojnik w pisując się do księgi pamiątkowej. Pierwsze wzmianki o tej księdze pochodzą z lat 80-ych XVIII wieku. Po II wojnie światowej księga ta zaginęła. Wiadomo jednak, że został wydany tomik wierszy "Dzikie róże", w którym umieszczono wybrane wiersze zapisane przez turystów właśnie w tej księdze. 
Na początku XIX wieku powstaje u stóp wzgórza gospoda dla turystów odwiedzających ruiny, a w 1860 roku zostaje utworzone w północnej baszcie schronisko turystyczne "Na Zamku Chojnik", które działa do dziś.



Do zamku prowadzi malownicza droga w górę zbocza góry Chojnik. Można ją pokonać albo bardziej stromym zboczem, albo dużo łagodniejszą drogą, którą można do zamku dostać się nawet samochodem (oczywiście nie jest to możliwe dla turystów).
My wybraliśmy bardziej strome podejście. Droga prowadziła wśród lasu i dopiero pod koniec wspinaczki naszym oczom ukazały się otoczone zielenią ruiny zamku. Na zamkowym dziedzińcu można usiąść i posłuchać opowieści o historii zamku oraz legendy o pięknej i okrutnej Kunegundzie. 
Z dziedzińca prowadzą schody na basztę, a z niej podziwiać można piękną panoramę okolic a także pozostałości po zamkowych pomieszczeniach i dziedzińcach. 
Moi mężczyźni, zarówno ten duży jak i ten mały, mogli sprawdzić swoją celność strzelając do tarczy z kuszy. Nawet udało im się trafić w tarczę!!!!. 



Od lat 90-tych XX wieku zamek stał się siedzibą Bractwa Rycerskiego Zamku Chojnik i odbywają się tu jedne z największych w Polsce zawodów kuszniczych "O Złoty Bełt Zamku Chojnik". 
Ruiny zrobiły na nas ogromne i niezapomniane wrażenie. 

 Na zakończenie moich wspomnień jeszcze parę słów o Parku Miniatur Zabytków Dolnego Śląska. Powstał on w Kowarach na terenie fabryki dywanów. Znajduje się w nim ponad czterdzieści modeli najważniejszych zabytków Dolnego Śląska wykonanych w skali 1:25. Można tam spotkać modele śląskich pałaców, zamków, świątyń, ratuszy, a także całe starówki miast dolnośląskich. Nie zabrakło też modelu Śnieżki z wybudowanym na szczycie schroniskiem oraz kaplicą św. Wawrzyńca. Można też zobaczyć jak wyglądało stare schronisko na Śnieżce. 
Miniatury stoją pod gołym niebem, na rozległych trawnikach w otoczeniu pięknej zieleni drzew i umieszczonych w wiklinowych gazonach uroczych i bajkowo kolorowych kompozycji kwiatowych. Część miniatur znajduje się w pawilonie. 


Zapomniałabym o Świątyni Wang turystycznej atrakcji Karpacza. Jest to popularna nazwa Kościoła Górskiego Naszego Zbawiciela będącego siedzibą parafii ewangelickiej.

Ta drewniana świątynia powstała na przełomie XII i XIII wieku w Norwegii jako jeden z około tysiąca kościołów klepkowych. Wybudowano ją bez użycia gwoździ, wszystkie elementy połączone są przy pomocy drewnianych złączy ciesielskich. Do XIX wieku stała ona w miejscowości Vang nad brzegiem jeziora o tej samej nazwie. Kiedy okazała się zbyt mała na potrzeby miejscowych wiernych, by zdobyć fundusze na budowę nowego kościoła, postanowiono ją sprzedać. Nabywcą okazał się król pruski Fryderyk Wilhelm IV. Miała ona zostać przewieziona do berlińskiego muzeum. Kiedy jednak dotarła do Szczecina król za namową zaprzyjaźnionej z nim hrabiny Fryderyki von Ryden z Bukowca zmienił zdanie i zgodził się by świątynię zawieźć na Śląsk.  I tak Świątynia Wang stanęła w Karpaczu i stała się kościołem dla miejscowych ewangelików. Podczas prac konserwatorskich została rozbudowana. Dobudowano także murowaną dzwonnicę chroniącą Świątynię przed wiatrem znad Śnieżki. 
Niestety do wnętrza Świątyni Wang nie udało się nam wejść ponieważ było już zbyt późno. Mam jednak nadzieję, że jeszcze kiedyś zawitam do Karpacza i nadrobię zaległości w zwiedzaniu. 

I tak zakończyły się moje karkonoskie wakacyjne wspomnienia. Na długo pozostaną one w mojej pamięci, a mam nadzieję jeszcze kiedyś w Karkonosze pojechać. 

Zdjęcia:

1. Wejście do ruin zamku
2,3,4. Widok ruin na zewnątrz
5,6,7. Wnętrze ruin
8,9. Widok na ruiny z baszty zamkowej
10, 11. Droga na Zamek Chojnik
12. Tarcza, do której strzelali moi panowie
13. Kolejna próba strzelecka Jasia
14. Wejście do pawilonu w Parku Miniatur
15. Miniatura zamku w Ksiażu
16. Zamek Czocha
17. Bazylika Mniejsza w Krzeszowie
18. Cerkiewka w Sokołowsku Najmniejsza miniatura w parku)
19. Mały staw i jedna z kwiatowych dekoracji.
20, 21, 22. Świątynia Wang w Karpaczu

środa, 28 września 2011

Wojciech Tochman, Bóg zapłać

"Nie chcę kogokolwiek swoim pisaniem wzruszać. Staram się pisać tak, by poruszać, wstrząsać. Z takiego poruszenia coś może dobrego wyniknąć, ze wzruszenia najwyżej mokra chusteczka"*

Tak o swoim pisarstwie powiedział w jednym z wywiadów znany i ceniony polski  reporter - Wojciech Tochman.
Czy rzeczywiście jego reportaże mogą poruszyć czytelnika, wstrząsnąć nim na tyle, by zechciał się choć przez chwilę zatrzymać, zastanowić nad przeczytanym właśnie tekstem? Na to pytanie mogłam udzielić sobie odpowiedzi czytając ostatnio wydaną  przez Wydawnictwo Czarne książkę Wojciecha Tochmana Bóg zapłać
Jest to zbiór 14 reportaży, z których większość była już publikowana we wcześniejszych jego książkach  - Schodów się nie pali  oraz Wściekły pies.

Te 14 reportaży to 14 perełek polskiej prozy publicystycznej. To 14 perfekcyjnie  wycyzelowanych opowieści o pogmatwanych ludzkich losach. Każda z nich mogłaby być scenariuszem pełnometrażowego filmu, który wzbudzałby całą gamę emocji i po obejrzeniu którego większość widzów  mogłaby zakrzyknąć "To było dobre, ale w prawdziwym życiu takie historie się nie zdarzają." A jednak Tochman swoich historii nie tworzy, nie wymyśla,  lecz opisuje prawdziwe losy prawdziwych  bohaterów. Są nimi zarówno ludzie dobrze znani polskiemu czytelnikowi (Wanda Rutkowska, Tomasz Beksiński), jak i ci, o których do tej pory  nie słyszeliśmy, a często nie podane jest nawet ich nazwisko, są dla nas anonimowymi  postaciami (jak choćby bohaterowie pierwszego reportażu Bóg zapłać, których znamy jedynie jako On i Ona).

Każda z tych 14 historii porusza do głębi, każda z nich ukazuje obraz polskiej mentalności.  Demaskuje nasze ludzkie słabości: obłudę, zacofanie, fałszywą religijność, bezmyślność, egoizm,  ale z drugiej strony ukazuje też przykłady ludzkiej solidarności, ofiarności, miłości bliźniego, bezinteresowności. I choć tych drugich postaw jest zdecydowanie mniej to jednak Tochman nie traci wiary w człowieka, można by rzec w jego człowieczeństwo. Przynajmniej ja to odbieram w ten właśnie sposób. Mimo ukazanego ogromu bólu, cierpienia, samotności, niezrozumienia - ten zbiór reportaży nie jest pesymistyczny. Jest w nim bowiem miejsce dla takich wspaniałych ludzi jak Zdzisław (Gislao) Borowiec, pielęgniarka Renata z reportażu Schodów się nie pali czy szef Jana Mana, bohatera reportażu Człowiek, który powstał z torów. To właśnie oni przywracają nam wiarę w dobroć i bezinteresowność człowieka, w jego życzliwość.

Muszę przyznać się do tego, że rozpoczynałam lekturę tej książki z postanowieniem - jeden reportaż dziennie (bo przecież w końcu muszę przeczytać coś na wyzwanie Reporterskim okiem). Z mojego postanowienia nic nie wyszło. Pochłonęłam ją w dwa wieczory rzucając w kąt czytaną w tym samym czasie "Panią Bovary".
Reportaże Tochmana "pobiły na głowę" powieść o losach znudzonej, szukającej romantycznej miłości, żonie prowincjonalnego lekarza. 
Co sprawiło, że książkę polskiego reportera czytałam z takim przejęciem i zainteresowaniem? Może jego styl - oszczędny, ale bardzo dosadny; może język - prosty, zrozumiały, jednocześnie nie stroniący od pięknych metafor, porównań, epitetów. A może sprawili to bohaterowie reportaży i ich zagmatwane, trudne historie - tak nieprawdopodobne, a jednocześnie mogące się przydarzyć każdemu z nas bądź z naszych znajomych. I wtedy pojawia się pytanie - co ja bym zrobiła na ich miejscu, jak bym się zachowała, co bym czuła? A odpowiedź na nie jest trudna - tak jak trudne są problemy poruszane przez Tochmana. "Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono" mówi Wisława Szymborska. I tę prawdę możemy zastosować udzielając sobie odpowiedzi na postawione wcześniej pytanie. Bo ja nie potrafię tak do końca przewidzieć jak postąpiłabym w ekstremalnej dla siebie sytuacji, w jakiej stawiani byli przez życie bohaterowie Tochmana. 
Czy reportaże Tochmana poruszają, wstrząsają? Zdecydowanie tak. Każdy z nich z osobna i wszystkie razem. 

Polecam gorąco tym, którzy jeszcze ich nie znają. Naprawdę warto poświęcić im chwilę swojego cennego czasu. Tym bardziej, że czyta się te reportaże bardzo szybko, z wielką ciekawością i zainteresowaniem. 

Moja ocena: 6/6

* Wikicytaty, źródło: Wściekły, Exlusiv

poniedziałek, 26 września 2011

Wakacyjnych wspomnień czar (cześć druga)

Miałam bardzo zajęty weekend. Wczoraj najpierw spotkanie rodzinne przy obiedzie i kawce (musiałam też trochę pomóc organizatorce w przygotowaniach), a potem druga rodzinna uroczystość -  a właściwie dwie. Mój wujaszek obchodził 90-te urodziny, a oboje z ciocią właśnie dziś świętują 63 lata wspólnego pożycia małżeńskiego. Jak patrzę na cyfry, które przed chwilą napisałam, to myślę sobie, że nie każdemu jest dane obchodzić takie piękne rocznice. I dochodzę do wniosku, że nie ma co narzekać tylko trzeba się cieszyć czasem nam danym.

A dziś był ciąg dalszy rodzinnych spotkań. Przy kawce wspominaliśmy, rozmawialiśmy, oglądaliśmy zdjęcia. Wpadły mi w oko także te z ostatnich wakacji. To było tak niedawno, a wydaje się jakby całe wieki minęły.
Postanowiłam więc znów trochę wakacyjnie powspominać na swoim blogu i stąd ten wpis. 
Dziś o dwóch wodospadach znajdujących się w okolicy Szklarskiej Poręby.
Pierwszy z nich to Wodospad Kamieńczyka. Jest to najwyższy wodospad w Karkonoszach. Woda spada trzema kaskadami z wysokości 27 metrów. Widok jest imponujący i zapiera dech w piersiach. Szczególnie jak się stoi na dole w Wąwozie Kamieńczyka. Wąwóz ma około 100 metrów długości, a szerokość w niektórych miejscach nie przekracza 3-4 metrów. Można tam zejść po uprzednim wykupieniu biletu i otrzymaniu kasku. 
Za środkową kaskadą wodospadu znajduje się grota wykuta prawdopodobnie przez Walończyków, którzy wydobywali z niej pegmatyty i ametysty. Zwana jest dziś Złotą Jamą. 
Wodospad można podziwiać także z miejsca widokowego usytuowanego na górze. Nieopodal znajduje się schronisko Kamieńczyk. Tędy też prowadzi dalej szlak na Szrenicę. Tam niestety się nie wybraliśmy. Mieliśmy w planach Śnieżkę i uważaliśmy, że na tak krótki pobyt zdobycie jednego szczytu naszym dzieciom w zupełności wystarczy. 

Wodospad Kamieńczyka był atrakcją turystyczną już w XIX wieku. Wtedy też wybudowano tu pierwszy taras widokowy. 
Związana jest z nim także ciekawa legenda. Podobno miał on powstać z łez siedmiu rusałek, które opłakiwały śmierć jednej z nich i jej ukochanego Kamieńczyka Bronisza. Młody chłopak wybrał się w góry w poszukiwaniu szlachetnych kamieni, które miały pomóc jego chorej matce. Rusałka zakochała się w nim i pomogła mu w poszukiwaniach. Chłopak także ją pokochał i obiecał powrócić. Kiedy niecierpliwa zakochana rusałka wyszła mu na spotkanie ujrzała jak Kamieńczyk spada w przepaść. Zrozpaczona rzuciła się za nim. Jej siostry rusałki tak 
długo płakały nad smutnym losem zakochanych, aż z ich łez powstał wodospad. 

Drugim wodospadem, który mogliśmy podziwiać był Wodospad Szklarki. Jest to drugi co do wielkości wodospad w Karkonoszach. Usytuowany jest w środkowej części Wąwozu Szklarki. Woda spada z wysokości około 13 metrów najpierw dość szeroką kaskadą potem zwężającą się ku dołowi i spiralnie skręconą. Wodospad można podziwiać ze specjalnie wybudowanej platformy. Nieopodal wodospadu znajduje się schronisko Kochanówka, które mieści się w zabytkowym budynku powstałym w II połowie XIX wieku. 
Z tym malowniczym miejscem również związana jest legenda. Tym razem opowiada ona o Duchu Gór - Karkonoszu - oraz małej dziewczynce, córce Szklarza, którą nazywano Szklarką. Pewnego dnia spotkała ona Karkonosza, który był bardzo zasmucony. Dziewczynka miała dobre serce, żal jej się zrobiło Ducha Gór i postanowiła go rozweselić. Od tego dnia bardzo się zaprzyjaźnili. Karkonosz podarował jej kiedyś małą sarenkę. A w okolicy mieszkał smok Krak. Nie naprzykrzał się  on zbytnio ludziom, ale zwierzęta atakował. Karkonosz zorientował się, że małej i jej sarence grozi niebezpieczeństwo. Ratując dziewczynkę rzucił kamieniem w głowę smoka. Niestety chybił. Kamień spadł w sam środek potoku powodując jego pęknięcie. Krakowi nic się nie stało. Niestety mała Szklarka spadła w przepaść. Karkonosz pobiegł na miejsce wypadku i zobaczył martwą dziewczynkę, a na jej nogi spadała z góry kaskada wody. 
Bardzo lubię legendy, więc i te mnie urzekły. Także oba przepiękne wodospady.


I tak tworząc ten wpis znów przekroczyłam północ siedząc przed komputerem. Jeszcze tylko wybiorę zdjęcia i szybciutko wsunę się pod cieplutką kołderkę by przed snem jeszcze trochę poczytać. 

Zdjęcia:

1. Wodospad Kamieńczyka - widok z górnej platformy widokowej.
2. Widok na Wąwóz Kamieńczyka. Te kolorowe drobinki to kaski turystów. 
3. Wodospad Szklarki.
4. Droga do Wodospadu Szklarki - prowadziła wzdłuż bardzo malowniczego potoku.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...