środa, 29 czerwca 2011

Pożegnanie z czerwcem

W tym miesiącu naprawdę zaszalałam. Obiecywałam już żadnych więcej książek, ale jak tu się oprzeć kiedy tyle wspaniałości kusi ze wszystkich stron. Prezentuję wiec drugą, i ostatnią w tym miesiącu, książkową ucztę.


Prezentację rozpoczynam jak zwykle od góry:
1. Carole Matthews, Klub Miłośniczek Czekolady (kupiona w Realu, wersja kieszonkowa)
2. Sophie Kinsella, Wyznania zakupoholiczki (j.w.)
3. Tony Parsons, Mężczyzna i żona (z wymiany na Lubimy Czytać)
4. Manuela Kalicka, Kochaj i tańcz (kupiona za 3 złote w Matrasie)
5. Aleksandra Marynina, Śmierć i trochę miłości (z wyprzedaży w Matrasie)
6. Henning Mankell, Psy z Rygi (j.w.)
7. Tadeusz Dołęga-Mostowicz, Bracia Dalcz i s-ka (kupiona w antykwariacie, od dawna szukana, wreszcie zdobyta)
8. Rick Riordan, Złodziej pioruna (kupiona dla synka, ale sama z chęcią przeczytam)
9. Katarzyna Leżeńska, Ależ Marianno! (od dawna poszukiwana, trafiłam wreszcie w antykwariacie)
10.Jennifer Lee Carrell, Szyfr Szekspira (również z antykwariatu, pod kątem wyzwania czytelniczego W świecie książek)
11.Zofia Kossak, Błogosławiona wina (kupiona pod wpływem impulsu ze względu na tematykę)
12.Colleen McCullough, Emancypacja Mary Bennet (jako miłośniczka Dumy i uprzedzenia nie mogłam przejść obojętnie obok książki, której cenę obniżono o 50%)

Teraz zabieram się do czytania nowych nabytków, choć kończę jeszcze książki przyniesione z biblioteki. Mam jednak nadzieję, że w wakacje chociaż trochę nadrobię czytelnicze zaległości.

Na zakończenie postu taki oto widoczek. Aż serce rośnie jak na to patrzę.

wtorek, 28 czerwca 2011

Toni Morrison, Miłość

Kiedy na bibliotecznej półce ujrzałam książkę Toni Morrison zaraz przypomniała mi się niedawna rozmowa na jej temat. Moja znajoma zachwycała się prozą noblistki, a szczególnie jej powieścią Jazz. Co prawda ta powieść nosiła tytuł Miłość, ale postanowiłam ją przeczytać licząc na niemałą ucztę literacką. Czy się zawiodłam? Raczej nie, choć spodziewałam się więcej niż otrzymałam.
Bohaterkami tej opowieści są dwie stare już kobiety mieszkające w jednym domu: Heed i Christine. Kiedyś łączyła je przyjaźń mimo tego, że pochodziły z zupełnie odmiennych środowisk. Teraz łączy je nienawiść, której przyczyn należy szukać w decyzji dziadka Christine, który postanowił poślubić przyjaciółkę swojej wnuczki,  jedenastoletnią wówczas dziewczynkę.  Powieść rozpoczyna się w momencie gdy do zamieszkałego przez dwie kobiety domu przybywa młoda dziewczyna o imieniu Juniorka, którą zatrudnia jedna z kobiet w tajemnicy przed drugą. 
Historia Juniorki splata się i przeplata z historia Heed, Christine oraz bliskich im osób: Billego Coseya, dziadka Christine, May - jej matki, Sandlera i Vidy oraz ich wnuka Romena. Jest jeszcze tajemnicza postać kobiety, narratorki części powieści, o której początkowo wiemy niewiele, a której historia, związana z losami rodziny Coseyów, objawia nam się stopniowo. Tak jak stopniowo odsłaniają się nam tajemnice Billa Coseya, jednego z pierwszych czarnych ludzi interesu, i jego rodziny oraz osób związanych z prowadzonym przez niego hotelem. 

Miłość, to oczywiście powieść o miłości, ale także o towarzyszącej jej  nienawiści i zazdrości, zmysłowości i fascynacji, o przyjaźni, wierności i zdradzie, o próbie wydobycia się za wszelką cenę ze środowiska, w którym się żyje, o podstępie, wyrachowaniu, ale także o przebaczeniu.
Od pierwszych stron wciągają nas pogmatwane losy bohaterów. Niestety, według mnie, opowiedziane są one zbyt chaotycznie. Początkowo nie mogłam "połapać" się o kim mowa, o jakich czasach: współczesnych czy  wcześniejszych opowiada narrator. Jednak z czasem zaczęłam lepiej rozumieć i umiejętnie składać fragmenty różnych, przeplatających się historii. To według mnie jedyny większy minus  powieści. Poza tym czyta się ją dość dobrze (im bliżej końca tym lepiej - przynajmniej w moim odbiorze). Język jest w miarę prosty i przystępny, a jednocześnie widać, że pisarka po mistrzowsku operuje słowem. Mimo że części dialogowe zajmują mniej niż połowę książki długa miejscami narracja wcale nie nuży i nie utrudnia czytania.
Bohaterowie są ciekawymi i barwnymi osobowościami. Szczególnie polubiłam Christine za jej buntowniczy i dość trudny charakter. Juniorka, którą z początku polubiłam pod koniec powieści spłatała mi figla i zrobiła coś, z czym się zgodzić nie mogłam. Sympatią darzyłam też młodego Romena,  który nie zawiódł mnie do samego końca powieści. Podobało mi się też zakończenie, którego właściwie w takiej formie się nie spodziewałam.
Oceniam to moje pierwsze spotkanie z prozą Toni Morrison dość dobrze i na pewno sięgnę jeszcze po  inne jej powieści.

Moja ocena: 4/6 (obniżyłam za ten chaos w narracji)

piątek, 24 czerwca 2011

Stefanie Zweig, Księżniczka Sissi

Kim jest tytułowa Księżniczka Sissi? Czy to Elżbieta Bawarska, cesarzowa Sissi, żona Franciszka Józefa I? Ależ nie! To przesympatyczna kotka syjamka o cudownie przejrzystych niebieskich oczach i dość trudnym charakterze - jak to z kotkami bywa.
Po powieść Stefanie Zweig sięgnęłam właśnie z powodu kotki. Wszem i wobec wiadomo, że kocham zwierzaki, a szczególnie psy i koty (bo można poprzytulać, popieścić, pogłaskać). Czego się spodziewałam? Dobrej i mądrej  książki do poczytania. I nie zawiodłam się.

Sissi, która początkowo ma na imię Cleo, ucieka od swoich właścicieli: Grubasa i Myszki. Nie może pogodzić się z faktem, że chcą ją wywieźć na działkę, by tam łowiła myszy. Nie! Tego ambitna syjamka znieść nie mogła. Po ucieczce na szczęście nie tuła się długo. Dość szybko znajduje sobie drugi dom. Należy on do Julii, miłej pani psycholog, którą kotka postanawia "zaadoptować". Właśnie tak! To nie Julia adoptuje Sissi, lecz właśnie Sissi adoptuje Julię. Od tego momentu zaczyna się ich wspólne życie, a łączy je miłość, odwzajemniona miłość. Sissi szybko zadamawia się u Julii i równie szybko postanawia wziąć wszystkie sprawy w swoje sprytne kocie łapki. Wszystkie - to znaczy także sprawy zawodowe Julii. Od tej pory to nie tylko Julia leczy swoich pacjentów, ale czyni to także mądra i wrażliwa syjamka. Przybycie Sissi przewraca do góry nogami ustabilizowane życie pani psycholog, ale ona wydaje się być z takiego obrotu sprawy zadowolona. I choć kotka narzeka, że jej ukochana wielu rzeczy nie rozumie i na życiu kotów, a w szczególności kotek, się nie zna, to mimo to, darzy swoją Julię wielkim uczuciem.

Narratorem jest Sissi i świat ludzi oglądamy z kociej perspektywy. Początkowo wydawało mi się, że sposób prowadzenia narracji będzie uproszczony i infantylny. Ale szybko rozwiały się moje obawy. Powieść napisana jest pięknym, poetyckim i plastycznym  językiem. Co prawda Sissi patrzy na świat i ocenia zdarzenia i zachowania ludzi ze swojego punktu widzenia, to mimo to jej spostrzeżenia są bardzo trafne i prawdziwe. To co wydaje się nam oczywiste dla kotki jest czymś niepojętym: to, co dla Sissi jest oczywistością Julia przyjmuje jak dziwactwo. To zderzenie dwóch różnych punktów widzenia powoduje  nieporozumienia,  często bardzo zabawne. Otrzymaliśmy wiec dowcipną, lekką, łatwą w odbiorze powieść. 
Mimo, że możemy zaliczyć ją do bardzo dobrych czytadeł, książka ta nie jest pozbawiona głębszych wartości. Skłania nas do refleksji dotyczących relacji pomiędzy ludźmi, a zwierzętami. Stefanie Zweig czyniąc z kotki narratora opowieści chce nam zwrócić uwagę, na fakt, że zwierzęta nie są od nas ani gorsze, ani głupsze. Są inne. A posiadają takie cechy, których człowiek może im tylko pozazdrościć: mądrość, wierność, otwartość, wrażliwość, chęć niesienia pomocy, uczciwość, prostolinijność... i wiele innych, o których mogą przekonać się ci z nas, którzy mają w domu zwierzaki. 

Czytając powieść cały czas odnosi się wrażenie, że Stefanie Zweig doskonale zna psychikę, mentalność i zwyczaje kotów. W udzielonym przez nią wywiadzie, zamieszczonym na końcu książki, sama mówi, że to jej Sissi "wklepała jej do głowy  wszystkimi czterema łapami i wielkim pomiaukiwaniem" pomysł napisania tej powieści. Podczas tworzenia książki kotka siedziała na komputerze swej pani, "informując, co sądzi o świecie" i o swojej właścicielce. Dzięki temu powstała powieść ukazująca prawdziwe oblicze naszych kocich pupili. Ja sama odnajdywałam w Sissi cechy i zachowania swoich kotów, a szczególnie małej nieznośnej Mony (zwanej przez nas Cruellą De Mon, w skrócie Demonką) i filozoficznie nastawionej do świata, statecznej (bo już dziesięcioletniej) Dżety. 

To są właśnie moje kotki. Ta na pierwszym planie to Mona, a z białymi skarpetkami - Dżeta.

Polecam tę książkę wszystkim miłośnikom kotów (i nie tylko), ale także tym, którzy na zwierzęta patrzą trochę nieufnie. Może po tej dowcipnej i ciepłej powieści, trochę lepiej zrozumieją koty i się do nich przekonają. Na pewno książka ta obala  mit, że koty są fałszywe i nie potrafią pokochać swojego właściciela. Oczywiście, że są nieobliczalne i chodzą własnymi drogami (co stanowi o ich oryginalności i uroku), ale potrafią być tak samo wierne jak psy.

Moja ocena: 5/6 (gdybym stawiała plusy byłoby 5+) (Może warto się nad plusami zastanowić?!)

poniedziałek, 20 czerwca 2011

"Dwa miesiące minęły jak jeden dzień"

Wczoraj minęły dwa miesiące mojej przygody z blogowaniem. To był zupełny impuls, aby założyć własnego książkowego bloga. Właściwie pomysł pojawił się kiedy trafiłam na wyzwania czytelnicze i zorientowałam się jak wiele jest blogów o takiej tematyce. Ponadto chciałam wziąć udział w niektórych wyzwaniach i stwierdziłam, że łatwiej będzie mi się przyłączyć, jeśli będę miała swój blog. I tak to się zaczęło. 

Nigdy nie marzyłam nawet o tym, że to moje pisanie spotka się z jakimkolwiek zainteresowaniem. Dlatego jest mi ogromnie miło, że tyle osób odwiedza mojego bloga i czyta, to co piszę. A jeszcze większą radością są dla mnie Wasze komentarze. Bardzo wszystkim dziękuję, bo to dzięki Wam chętnie zasiadam do komputera, by podzielić się wrażeniami z nowej lektury. I bardzo lubię podczytywać, to, co piszecie Wy. To stało się już prawie nałogiem. Codziennie zaglądam do blogowego świata i sprawia mi to ogromną przyjemność. Fakt, że tak wiele osób podziela pasję podobną do mojej jest dla mnie ogromnie budujący. W dzisiejszym świecie, w którym dla większości ludzi czytanie książek jest przeżytkiem i stratą czasu posiadanie tak wielu kochających książki znajomych jest ogromnym skarbem (i wcale nie przeszkadza fakt, że kontaktować możemy się jedynie poprzez internet). Nie oznacza to, że wokół siebie nie mam osób, dla których czytanie jest treścią życia. Oczywiście, że mam też grono takich znajomych. Nie umniejsza to jednak znaczenia, jakie ma dla mnie Wasza obecność. 

Muszę się też przyznać, że często odczuwam tremę przed opublikowaniem kolejnego postu. Wiąże się to z poczuciem pewnej odpowiedzialności za to, co napiszę o przeczytanej książce. A zaczęło się wtedy, gdy w Waszych komentarzach pojawiły się wpisy, że dzięki mojej recenzji macie ochotę przeczytać daną książkę. I tu zaczęłam tchórzyć. A jeżeli Wam się nie spodoba? I chociaż tłumaczę sobie, że to co piszę jest moją szczerą oceną książki, a także, że gusta są odmienne, to jednak się lękam. Ale jednocześnie sprawia mi ogromną radość fakt, że ktoś z Was napisze, że chciałby tę książkę przeczytać. Przecież jest podobnie ze mną. Też zbieram z Waszych blogów perełki, do których chciałabym kiedyś zajrzeć

Jedynym "minusem" mojej fascynacji blogowaniem jest to, że zbyt dużo czasu spędzam przed komputerem. Co prawda nie żałuję żadnej chwili poświęconej na spotkanie z Wami, ale wiem, że gdybym ten czas przeznaczyła na czytanie, czytałabym więcej. Mimo to, nie zamierzam rezygnować z codziennych odwiedzin na Waszych blogach i z prowadzenia swojego.
Jednym słowem: niezmiernie się cieszę z posiadania własnego bloga, a przede wszystkim z Waszej obecności.

sobota, 18 czerwca 2011

Anna Onichimowska, Hera, moja miłość

Czarne dziury. "Wpadało się do nich gwałtownie i niespodziewanie, a potem był długi lot w pustce i ciemności. Kto nigdy nie był w takiej dziurze, nie wie nic. Ani o życiu, ani o śmierci [...] czarna dziura nie jest schronieniem, ale wbrew pozorom jego przeciwieństwem. [...] Znakomita Większość [...] wsuwa się do dziury stopniowo i - rzec by można - mimochodem. O ile jednak wsunięcie się mimochodem nie dostarcza żadnych trudności, o wysunięciu się Większość może jedynie pomarzyć. Bo dziura wciąga. [...] Mieszkańcom dziur wydaje się, że panują nad czasem, [...] jest to jednak pozorne, jak pozorne jest ich poczucie wolności. Nie ma bowiem ciaśniejszego więzienia jak to, które sobie sami zbudowali."

Do takiej czarnej dziury wpadł bohater powieści Anny Onichimowskiej, Jacek. Wydawało się, że jego rodzina jest zwyczajna i szczęśliwa. Matka pracująca w "reklamie"  i wiecznie zabiegany , często wyjeżdżający służbowo za granicę ojciec, zapewnili odpowiedni status materialny swojej rodzinie. Dwójce dzieci: Michasiowi i Jackowi właściwie niczego nie brakowało. Mieli wszystko...  a może nie mieli nic?!
Zabrakło w ich życiu najważniejszego: zainteresowania rodziców, ich kojącej obecności, towarzyszenia w codziennych sprawach, w radościach i smutkach... zabrakło im miłości, miłości rodziców.
Jałowość życia sprowadza na manowce starszego chłopca, Jacka. Zaczyna on szukać miłości, której nie zaznał w domu. Wiąże się z nieodpowiednią dziewczyną. Ta toksyczna znajomość zaowocuje pierwszymi kontaktami z narkotykami. I choć są to tylko w miarę "bezpieczne" skręty ich obecność w domu Jacka doprowadza do strasznej i nieodwracalnej tragedii. A potem, jak po równi pochyłej, wszystko zmierza do katastrofy, do wejścia w czarną dziurę, z której tak bardzo ciężko jest się wydostać. Szczególnie kiedy jest się samemu, kiedy najbliżsi nie chcą bądź nie potrafią pomóc i sami staczają się po tej równi pochyłej. 

Choć powieść Anny Onichimowskiej skierowana jest do młodzieży, to powinni ją przeczytać także rodzice. Problem narkomanii jest bowiem jednym z najpoważniejszych problemów, z którymi muszą się we współczesnym świecie zmierzyć zarówno młodzi jak i ci starsi. Autorka nie tylko ukazuje zgubne skutki nałogu, ale stara się dociec przyczyny takiego stanu rzeczy. I smutnym jest fakt, że jego źródła tkwią w rodzinie czyli tam, gdzie powinno się szukać rozwiązania, a nie przyczyny. 
Czytając powieść Hera, moja miłość uzmysłowiłam sobie jak wielka odpowiedzialność spoczywa na barkach moich i mojego męża, odpowiedzialność za wychowanie naszych dzieci. 

Mimo tak ważkiego i trudnego tematu książkę czyta się przyjemnie. Przystępny język ułatwia jej zrozumienie i przyswojenie. Skutecznym zabiegiem jest również oddanie głosu w drugiej części powieści głównemu bohaterowi, Jackowi. Spojrzenie jego oczami na atmosferę rodzinnego domu pozwala lepiej zrozumieć motywację jego czynów, czynów które prowadzą go na skraj przepaści. 
Mimo tak trudnego tematu książka nie przytłacza nas. Jest w niej odrobina nadziei na lepsze jutro. Jacek "sięga dna",  jego rodzina rozpada się, ale nadzieja pozostaje.
W najbliższym czasie chciałabym przeczytać kontynuację losów bohaterów tej powieści przedstawione w dwóch kolejnych książkach: Lot komety i Demony na smyczy

Moja ocena: 5/6 (naprawdę warto przeczytać, przede wszystkim ze względu na poruszony problem)

czwartek, 16 czerwca 2011

Książek przybywa, a ...

Już taka jestem, że nie potrafię przejść obojętnie obok księgarni czy antykwariatu. Półki się uginają pod ciężarem książek (cóż za piękny widok!), a ja nadal przygarniam coraz to nowe pozycje. I tak jest też i w tym miesiącu. Już tyle kupiłam, a jeszcze czekam na paczkę z Selkaru (nie mogłam się oprzeć promocji z okazji Dnia Ojca).
A oto mój pierwszy czerwcowy stosik:







Od góry:
1. Olga Rudnicka, Martwe jezioro
2. Olga Rudnicka, Czy ten rudy kot to pies? (obie pozycje były w promocji w Merlinie, więc się skusiłam)
3. Arturo Perez-Reverte, Cmentarzysko Bezimiennych Statków (lubię tego autora, więc skorzystała z okazji w antykwariacie)
4. Jan Grzegorczyk, Cudze pole (zaczynam nietypowo, bo od trzeciej części, ale ta właśnie była w antykwariacie; mam ochotę na całość, więc będę polować na dwie pozostałe)
5. James Rollins, Czarny zakon (już kiedyś czytałam i spodobał mi się, więc kupiłam)
6. Isabel Allende, Dom duchów (od dawna marzyłam o tej książce i mam)
7. Mirosław Piepka, Michał Pruski, Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł (oglądałam film, chcę jednak  poczytać coś więcej).

Oczywiście zdaję sobie sprawę ze swoich zaległości czytelniczych. Mam jednak nadzieję, że nadrobię w wakacje.Przynajmniej mam takie wielkie plany.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Joanne Harris, Czekolada

Zacznę nietypowo, bo od filmu, a nie od książki. Na podstawie powieści Joanne Harris powstał bowiem film w reżyserii Lasse Hallstroma. Oglądałam go już wiele razy i dopiero niedawno dowiedziałam się o literackim pierwowzorze Vianne i Rouxa.
Film mnie po prostu zauroczył. Niesamowita, baśniowa prawie atmosfera, sennego małego miasteczka wyłaniającego się z okrywającej go mgły, od pierwszych scen porywa i wciąga widza. Nieokreśloność czasu i miejsca (historia mogła się wydarzyć kiedykolwiek i gdziekolwiek) jeszcze bardziej uwydatnia uniwersalność opowiedzianej historii. Historii kobiety i jej córki, które przyprowadził wiatr. Kolejnym elementem tworzącym niepowtarzalny klimat jest wszechobecna czekolada. W różnych postaciach i formach przewija się cały czas przed naszymi oczami. Kusi i czaruje, tak jak kusi i czaruje główna bohaterka Vianne Rocher. Zagrana przez Juliette Binoche jest dopełnieniem pełnej magii atmosfery filmu. Piękna, czarująca, mądra, dobra, tajemnicza - zmienia samą swoją obecnością i swoim zachowaniem mieszkańców miasteczka począwszy od tych, którzy szybko akceptują jej obecność, a skończywszy na najbardziej opornych. Jej słowa "Twoje ulubione" towarzyszą każdej osobie odwiedzającej jej chocolaterię.
Ale nie tylko Vianne jest ozdobą filmu. Towarzyszą jej inni barwni i niepospolici bohaterowie grani przez doborowa kadrę aktorską: Judi Dench, Lenę Olin, Alfreda Molinę i oczywiście cudownego, niesamowitego i  czarującego  Jhonnego Deppa.
A całości dopełnia cudowna, klimatyczna muzyka Rachel Portman.


I wreszcie przyszedł czas na powieść Joanne Harris. Wiem, że to co teraz napiszę będzie odwróceniem kolejności, ale muszę to napisać. Na książce się nie zawiodłam. Odnalazłam w niej ten sam klimat, tę sama magiczną i baśniową atmosferę co w filmie. Wypisuję herezje, ale to prawda. Gdybym najpierw przeczytała książkę napisałabym to samo. 


Początkowo czytałam książkę z pewnymi oporami. Porównywałam wszystko z filmem i od samego początku wiele rzeczy mi nie pasowało. Comte de Reynaud zamienił się w księdza Francisa Reynaud, tajemniczy Pantoufle z kangura stał się królikiem ..... Stop! Przecież to wszystko na odwrót. Przecież to powieść była pierwsza. Od kiedy uświadomiłam sobie tę prawdę zaczęłam zupełnie inaczej odbierać czytaną opowieść. Starałam się nie myśleć o filmie, nie porównywać. I udało się . Powieść Joanne Harris całkowicie mną zawładnęła. 
Losy Vianne Rocher  i jej córki Anouk. Dwóch kobiet, które przywiał do małego miasteczka wiatr zapustów. Vianne od zawsze podróżowała. Najpierw z matką, potem z córką. Teraz wydawało się im, że wreszcie znalazły swoje miejsce. Sześcioletnia Anouk, która by nie być samotną, wymyśliła sobie króliczka - przyjaciela o wdzięcznym imieniu Pantoufle, teraz szybko znalazła prawdziwych przyjaciół. A jej matka oczarowała, a może zaczarowała, znaczną część miasteczka. Wiele osób dzięki Vianne zmieniło swoje życie, odnalazło właściwą drogę. Tylko niektórzy pozostali nieczuli na jej czary, a wśród nich cure Reynaud.
Delektowałam się tą książką, jak lubię delektować się filiżanką gęstej, gorącej, gorzkiej czekolady . Poznawałam bohaterów i ich problemy. Zżyłam się z mieszkańcami miasteczka. Nieraz nieświadomie zestawiałam ich historie z tymi opowiedzianymi w filmie, ale wcale mi to nie przeszkadzało. W kilku wypadkach film stanowił według mnie dopowiedzenie bądź wyjaśnienie epizodów zamieszczonych w powieści. W jednym wypadku byłam nawet wdzięczna twórcom filmu za wprowadzone zmiany. Myślę tu o postaci Roux. W filmie jest on bardziej wyrazisty i odgrywa większą rolę w życiu Vianne. (Wszystko to zapewne za przyczyną niepowtarzalnego Jhonnego Deppa).
Ogromnie rozrósł się ten mój post. Więc będę zbliżać się do podsumowania. Zanim to jednak nastąpi muszę poruszyć jeszcze jedną kwestię. Myślę tu o zderzeniu dwóch postaw: katolickiej reprezentowanej przez cure Reynouda oraz ..... i tu brak mi określenia: magicznej, ateistycznej, agnostycznej, a może po prostu otwartej na drugiego człowieka.... reprezentowanej przez Vianne. Mimo, że jestem osobą wierzącą nie odebrałam tego jako czegoś negatywnego. Raczej jako wystąpienie przeciwko każdej obłudzie, także tej reprezentowanej przez tzw. katolików (którzy z wiarą i tak ważnym dla niej miłosierdziem mają nieraz niewiele wspólnego). W filmie problem ten został niewątpliwie złagodzony dzięki zastąpieniu postaci księdza merem miasteczka, osobą religijną (a może "religijną") ale niewątpliwie świecką. Muszę tylko wspomnieć o jednej kwestii, na którą patrzę trochę krytycznie, a mianowicie na umieszczenie akcji urodzin Armande Voizin w Wielki Piątek. Trochę mnie to zabolało i zniesmaczyło. 
A teraz podsumowanie: zarówno powieść jak i film całkowicie mnie zauroczyły. Do tego stopnia, że nie potrafię wypatrzeć w nich wielu wad, które zapewne gdzieś istnieją. Ale nie dla mnie. 
Polecam tym, którzy jeszcze nie czytali i nie oglądali. Warto. Tylko łasuchy muszą uważać, szczególnie na filmie, i mocno trzymać się w ryzach.

Moja ocena:  książki 5/6, filmu 6/6 (jednak, chyba oczywiście za wzbogacenie roli Rouxa granego przez Jhonnego)

A na koniec jeszcze jeden filmik z muzyką z filmu i oczywiście z cudownym Jhonnym.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...