sobota, 30 lipca 2011

Wiesław Myśliwski, Widnokrąg

Widnokrąg to linia pozornego zetknięcia nieba z powierzchnią ziemi. W terenie otwartym kształtem zbliżony jest do okręgu. Im wyżej znajduje się obserwator tym odleglejszy jest jego widnokrąg. 
Takie informacje posiadają już dzieci w szkole podstawowej. 
Ale nie o takim widnokręgu pisze w swojej powieści Myśliwski, jakkolwiek ma on z nim wiele wspólnego. Powieściowy widnokrąg to osobisty widnokrąg człowieka stale poszerzany jego kolejnymi życiowymi doświadczeniami. 

Bohaterem powieści Myśliwskiego jest Piotr, Piotruś. Jest on jednocześnie jej narratorem. Z perspektywy czasu wspomina swoje dzieciństwo i młodość, przypadające  na okres wojny, a potem pierwszych lat komunizmu (właściwie - stalinizmu). Zagłębiając się w karty powieści obserwujemy jak poszerzał się widnokrąg naszego bohatera. Asystujemy przy jego pierwszych doświadczeniach miłości, rozpaczy, cierpienia, pierwszego upojenia alkoholem, odkrywania świata erotyki, a także dwoistości prawdy o ludziach.
Bohater wydobywa z pamięci kolejne ważne i mniej ważne wydarzenia ze swego życia. Często jego pamięć pobudza jakiś drobny przedmiot, myśl, zdarzenie. Nieraz wspomnienia z dzieciństwa i młodości wzajemnie się ze sobą przeplatają, przenikają, owijając się niczym bluszcz wokół jednej osoby, rzeczy czy wydarzenia. Takimi przewodnimi elementami są m. in. tango, Kruczek, cmentarz czy deszcz. 
Powieść czyta się tak jakby słuchało się wspomnień bliskiego nam człowieka, który siedząc naprzeciwko nas swobodnie snuje swoją opowieść. Bo tylko w takich warunkach myśl człowieka szybuje swobodnie; raz wybiega w daleką przeszłość, innym razem sięga do skarbnicy bliższych zdarzeń. I dopiero kiedy tak zaczęłam odbierać Widnokrąg Myśliwskiego, przestało mnie irytować to przeskakiwanie ze wspomnienia na wspomnienie, powracanie do już poruszanego wątku. Bo przyznam, że początkowo taki sposób narracji z lekka mnie drażnił. Wynika to chyba z chęci porządkowania zdarzeń, układania ich chronologicznie. No cóż - tu wychodzi moje "zboczenie" zawodowe. Ale taki stan nie trwał długo. Mniej więcej po przeczytaniu dwóch rozdziałów olśniło mnie, że zupełnie inaczej należy odbierać tę powieść. I wtedy zaczęłam po prostu chłonąć opowieść głównego bohatera. Choć muszę także przyznać, że niektóre historie, jak dla mnie, ciągnęły się zbyt długo i nieraz odczuwałam po prostu znużenie i przesyt. 

Czym zauroczyła mnie ta powieść? Wbrew pozorom pewnej chaotyczności w prowadzeniu wspomnień - przemyślaną kompozycją. Każdy rozdział bowiem skupia się wokół pewnej myśli przewodniej, najczęściej uwidocznionej w tytule. To właśnie ta myśl ogniskuje wokół siebie porozrzucane rąbki wspomnień , łącząc swobodnie lata dzieciństwa z latami wczesnej młodości czy dorosłości narratora. O kunszcie kompozycji świadczy także klamra spinająca snute przez bohatera wspomnienia. Pierwsze zdania powieści ukazują nam Piotra i jego ojca (opis fotografii zrobionej w czasie wojny podczas spaceru) - Piotr ma na sobie marynarskie ubranko, które kupił mu ojciec, i które było wyrazem marzeń o wyjeździe nad morze. Zakończenie jest opisem pobytu Piotra i jego syna Pawła właśnie nad  morzem, nad które nigdy nie dane było się wybrać Piotrowi i jego rodzicom. Tak więc klamrę tę stanowi morze oraz ojciec i syn.

Zachwyca mnie także język i styl Myśliwskiego. Rozbudowane zdania, poetyckie metafory i porównania  świadczące o swobodzie operowania słowem i doskonałości warsztatu pisarskiego autora. Pięknie i swobodnie prowadzona narracja, zmieniająca swój klimat i styl w zależności od osoby - inaczej "wypowiada się" matka, inaczej panny Ponckie, inaczej nauczyciel, inaczej sam bohater. Ta "inność" wynika z różnic temperamentu, wykształcenia, wieku czy osobowości. 
Myśliwski potrafi też w mistrzowski sposób uchwycić mentalność ukazanych na kartach powieści drugo- i trzecioplanowych postaci: rodziny bohatera - typowych przedstawicieli polskiej wsi, mieszkańców Rybitw, przedstawicieli Partii (wielka litera wskazuje wyraźnie na tę jedną, konkretną partię) w okolicznej cukrowni, kolegów - gimnazjalistów. 

Wszystko to sprawia, że kolejną powieść Myśliwskiego czytałam z wielką przyjemnością. I jak widać nie tylko ja doceniłam jej kunszt i artyzm. Dopiero po jej przeczytaniu dopatrzyłam się, że zdobyła ona w 1997 roku Nagrodę Literacką Nike. Co ciekawe właśnie w tym roku nagrodę tę przyznano po raz pierwszy. Kolejną ciekawostką jest fakt, że Myśliwski był dwukrotnie nominowany do tej prestiżowej nagrody i dwukrotnie też został nagrodzony (po raz drugi w 2007 roku za Traktat o łuskaniu fasoli). To chyba o czymś świadczy! Prawda?

Żeby nie przedłużać. Kolejna powieść Myśliwskiego i kolejny strzał w dziesiątkę. Teraz będę polować na..... Kamień na kamieniu, a może na nagrodzony Traktat o łuskaniu fasoli  a może na ....

Moja ocena 5/6

A na zakończenie trochę tego morza, o którym marzył Piotr i jego rodzice i nad które ostatecznie  pojechał wraz ze swoim synem.

piątek, 29 lipca 2011

Moja pierwsza Włóczykijka!!!

Wczoraj późnym wieczorem wróciłam z moich rodzinnych wojaży i pierwszą rzeczą jaką ujrzałam w kuchni była leżąca na stole paczuszka. W pierwszej chwili małe zdziwienie - przecież ostatnio nic nie zamawiałam. Ale za chwilkę przyszło zrozumienie - przecież to moja pierwsza Włóczykijka!!!!! Ogromnie się ucieszyłam. Tak niedawno zapisałam się do tej akcji a tu już pierwsza książka przybyła do mnie. A wraz z nią przepyszne kisielki oraz herbatki. I oczywiście zakładka. Za herbatkę i słodkości dziękuję  Viconii (tak mi wyszło z lokalizatora - jeśli się pomyliłam bardzo przepraszam). Jak tylko skończę Kraszewskiego zabieram się za moją pierwszą Włóczykijkę. A oto ona:


Przy okazji chcę się pochwalić moimi imieninowymi książkowymi prezentami. Są wspaniałe.


Objaśniam od dołu.

1. Carlos Ruiz Zafon, Cień wiatru (dostałam od moich kochanych cioteczek; ponieważ już czytałam, to trudno było mi ją kupić, a chętnie jeszcze raz przeczytam)
Dwie następne od mojego wspaniałego mężulka czyli męża (żeby było bardziej dostojnie).
2. Ken Follett, Upadek gigantów (pierwsza część serii Stulecie, kolejna ma się ukazać w 2012 roku - podobno!!!)
3. Ken Follett, Świat bez końca (druga część Filarów ziemi; czekają w kolejce, ale już przeglądałam i wiem, że mi się spodobają te książki)

A oprócz tego dostałam także coś od kochanych dzieciaków. Włożyły w to wiele pracy. Od lewej laurka od synka, dalej od córci.

  
A tak wyglądają ich prace wewnątrz. Pierwsza synka z aniołami, druga - łąka od córci.




I jeszcze parę słów o wyjeździe. Było wspaniale, bardzo dobrze wypoczęłam , a właściwie oderwałam się od szarej codzienności. Wieczorem w środę pojechaliśmy nad morze. Było troszkę chłodno, ale pięknie. Świetny odstresowacz taki spacer brzegiem morza. Przedstawiam kilka morskich fotek.




No można jeszcze troszkę pomarzyć.
Kończę ten przydługi post. Jutro postaram się umieścić moją opinię o przeczytanym przeze mnie Widnokręgu Myśliwskiego.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Dostałam!!!!

Dziś znalazłam w skrzynce kopertę, a w niej ...... takie cudo:


Sabinko, bardzo dziękuję za obiecaną zakładkę. Jest po porostu prześliczna.

A przy okazji tego wpisu pochwalę się także nowymi nabytkami. W piątek dostałam paczuszkę, a w poprzednią sobotę byłam w antykwariacie. Oto co zdobyłam:

Tym razem od dołu:

1. Katarzyna Michalak, Poczekajka (zakup w antykwariacie, liczę na wspaniałą lekturę)
2. E.T.A. Hoffmann, Dziadek do orzechów (też z antykwariatu, uwielbiam balet Czajkowskiego, kupiłam dla dzieci)
3. Peter Froberg Idling, Uśmiech Pol Pota (zakup w pewnej księgarni wysyłkowej, oczywiście w ramach wyzwania Reporterskim Okiem; mam zaległości więc czas je nadrobić)
4. Jean Hatzfeld, Strategia antylop (j.w.)
5. Fannie Flagg, Nie mogę się doczekać kiedy wreszcie pójdę do nieba... (Lubię jej twórczość stąd ten zakup)

Nie czytałam przez kilka dni z powodu braku czasu. Teraz muszę to nadrobić.

Okazja będzie już dziś. Zaraz wyjeżdżamy prawie nad morze, podróż będzie trwać około 8 godzin, więc czasu na czytanie mnóstwo. Nie będzie mnie prawdopodobnie do czwartku. Ale jak wrócę obiecuję nadrobić zaległości.

niedziela, 24 lipca 2011

Wróciłam....

Od kilku dni nie zaglądałam na swój blog. Złożyło się na to wiele przyczyn m in. polsko-hiszpański ślub i wesele, na którym byłam wczoraj (a dziś na poprawinach). 
Bardzo serdecznie przepraszam wszystkich, że nie odpisywałam na komentarze i nie zaglądałam do Was. Postaram się jak najszybciej to naprawić.

Jestem pod wrażeniem ślubu, na którym miałam szczęście być. Był naprawdę wspaniały. Ona - Panna Młoda - jest Polką i brała ślub w stroju łowickim. On - Pan Młody - jest Hiszpanem z Wysp Kanaryjskich i brał ślub w tradycyjnym stroju kanaryjskim. Naprawdę było na co popatrzeć.



Są uroczy, nieprawdaż?
A tak wyglądała bryczka, którą jechali do ślubu.


Wiejskich akcentów nie zabrakło również w kościele


i na sali weselnej.





Myślę, że tak uroczej Panny Młodej pozazdroszczą nawet łowiczacy.

wtorek, 19 lipca 2011

One Lovely Blog Award

Niedopisanie nominowała mnie do nagrody One Lovely Blog Award za co jej serdecznie dziękuję.

 Zasady gry:

- Na swoim blogu stwórz notkę o nominacji, podając przy tym link do osoby, która Cię nominowała.
- Napisz o sobie siedem rzeczy, których odwiedzający bloga jeszcze nie wiedzieli.
- Nominuj szesnaście innych osób (nie można jednak nominować osoby, która Ciebie nominowała),
- Zostaw na ich blogach komentarz, dzięki któremu dowiedzą się o nagrodzie i nominacji. 

Teraz druga część zadania. Muszę napisać aż siedem rzeczy o których jeszcze nie pisałam w krążącym niedawno po blogach łańcuszku.
Oj, będzie trudno, chociaż jestem gadułą, o czym już pisałam.

1. Gdy byłam mała marzyłam, że jak wygram milion w Toto-Lotka to założę schronisko dla zwierząt i będę miała tam mnóstwo psów i kotów. Marzenie pozostało aktualne do dziś, tylko realia się zmieniły i milion nie wystarczy. Ale gdyby się tak udało..... Kto wie, co się może zdarzyć. Jest tylko jeden mały problem - rzadko grywam w Toto-Lotka.

2. Tak w ogóle to nie lubię motorów, ale mam z nimi związane dwa marzenia. Po pierwsze chciałabym kiedyś przejechać się na prawdziwym Harley-Davidsonie, ubrana w czarną skórę i te wszystkie oryginalne dodatki. A drugim marzeniem jest wakacyjny wyjazd na takim wielkim motorze z bagażnikiem, sakwami, szerokimi siedzeniami i tymi wszystkimi bajerami podróżnymi. Taka podróż z mężem np. gdzieś po Europie.

3. Jeśli już piszę o podróżach, to marzy mi się wyjazd do Hiszpanii, do Francji (przede wszystkim Luwr i zamki nad Loarą) i do Anglii. To tak na początek. Potem można pojechać gdzieś dalej.

4. W związku z podróżami chciałabym bardzo nauczyć się hiszpańskiego i podszlifować angielski. Ale zawsze brak mi czasu , no i wiek już nie ten.

5. Nie przepadam za alkoholem, może właściwie dla mnie nie istnieć. Ale jak już mam coś wypić to lubię taki likier z kukułek, który robi moja ciocia. Pyszny. I marzę (znów kolejne marzenie) o spróbowaniu prawdziwego szampana (oczywiście z truskawkami).

6. Jestem jedynaczką i bardzo nad tym boleję. Dlatego zawsze chciałam mieć dużo dzieci. Mam niestety tylko dwoje (tak jakoś wyszło, więcej się nie dało) ale oczywiście bardzo się z tego faktu cieszę.

7. Nie lubię wielkich imprez z dużą ilością ludzi. Wolę kameralne spotkania w dobrze dobranym gronie przyjaciół. Kiedyś chciałam mieć duuuuuuuuuuużo przyjaciół (pewnie dlatego, że byłam w domu sama). Dziś rozumiem, że nie liczy się ilość tylko jakość. Cieszę się, że mam właśnie takie grono prawdziwych przyjaciół.

Uff!! Jakoś poszło. 
Teraz chyba najtrudniejsza rzecz - nominowanie do nagrody  16 blogów. To ogromnie trudna decyzja. Chciałabym wszystkie, ale należy zastosować się do reguł. 
Oto moje nominacje - kolejność zupełnie przypadkowa.

Czekam na Wasze nominacje. Mam nadzieję, że zechcecie wziąć udział w zabawie, choć nie ma takiego obowiązku. 

Wiadomość z ostatniej chwili. Okazało się, że w trakcie pisania postu (a trwało to dość długo, bo w międzyczasie wrócił maż z pracy i należało podać obiadek, kawkę itd) dostałam zaproszenie od Zaczytanej-w-chmurach za co bardzo serdecznie dziękuję.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Isaac Bashevis Singer, Sztukmistrz z Lublina

Kolejne moje spotkanie z Noblistą. Ostatnio trochę się tego nazbierało i muszę zadbać o inne wyzwania czytelnicze. Już trzy miesiąca odkąd rozpoczęłam moje blogowe życie z wyzwaniami czytelniczymi, a niektórych nawet jeszcze nie tknęłam. 

Kolejne spotkanie z Noblistą, ale pierwsze z Singerem. Nagrodę Nobla otrzymał w 1978 roku już jako obywatel amerykański. Ale urodził się Singer na ziemiach polskich, a dokładnie na początku XX wieku w tzw. Kongresówce.  Był synem chasydzkiego rabina, jego dziadek ze strony matki był także rabinem. Stąd jego znajomość religii i kultury polskich Żydów, obyczajów i tradycji żydowskiego środowiska zamieszkującego wschodnie regiony Polski. 

W takich realiach, pod koniec XIX wieku, umieścił Singer akcję jednej z najliczniej czytanych jego powieści - Sztukmistrza z Lublina. Tytułowy sztukmistrz to Jasza Mazur. "Był pół-żydem - ani żydem, ani chrześcijaninem." (s. 7) Chociaż przed ludźmi udawał ateistę jednak wierzył w Boga. Jego obecność widział w każdym drzewie, kamyku, ziarenku piasku. Mimo to do synagogi od dawna już nie chodził, zapomniał także codziennych, tradycyjnych modlitw. Miał żonę Esterę, bogobojną żydówkę, która kochała męża ogromnie i wiernie przy nim trwała mimo jego długich nieobecności w domu. 
Bowiem całe życie Jasza podróżował, a to do Warszawy, a to na prowincję, a czasem także za granicę - do Rosji. Towarzyszyły mu zwierzęta (para koni, małpka, kruk i papuga) oraz Magda, jego asystentka, młoda dziewczyna, chrześcijanka, którą nauczył kilku sztuczek. Do domu przyjeżdżał na czas ważnych świąt żydowskich. Pobyt w Lublinie przeznaczał przede wszystkim na odpoczynek oraz wymyślanie i ćwiczenie nowych sztuczek. A potrafił Jasza wiele. Chodził po linie, wykonywał skomplikowane salta, znał wiele sztuczek karcianych, potrafił otworzyć każdy zamek, znał się na hipnozie. Wszystko to sprawiało, że jego występy cieszyły się znaczną popularnością. Niestety nie na tyle dużą by mógł występować w wielkich miastach za granicą. A marzyły mu się występy w Rzymie, Paryżu, Petersburgu, a może i w Ameryce.

Do tej pory Jasza żył sobie dość przyjemnie lawirując zgrabnie pomiędzy kobietami swojego życia: żoną Esterą, kochanką Magdą, jej matką Elżbietą czy narzucającą mu się Zewtel, porzuconą przez męża, ni to wdową, ni mężatką. Kiedy jednak pojawiła się kolejna kobieta, Emilia, sprawy zaczęły się komplikować. Emilia bowiem była inna niż znane mu do tej pory kobiety. Była chrześcijanką, wdową po profesorze, kobietą inteligentną i oczytaną. Miała też coś, o czym marzył skrycie Jasza - córkę Halinkę (Jasza nie miał potomka, gdyż Estera była bezpłodna). 
Każda z kobiet czegoś od niego oczekuje, czegoś żąda. Jasza nie potrafi odmówić, składa obietnice bez pokrycia. Nie umie poradzić sobie z zaistniałą sytuacją, nie potrafi podjąć konkretnej decyzji, ciągle zmienia zdanie, nie potrafi nawet poradzić sobie z własnymi uczuciami, chce wszystkiego, a jednocześnie sam nie wie czego tak naprawdę pragnie. Zaczyna mieć wątpliwości, dylematy. Do tej pory panował nad swoim życiem, wszystkie jego elementy potrafił ze sobą powiązać. Teraz nie wie jak ma postępować. Zaczyna podejmować niefortunne decyzje, które zaważą na życiu jego i związanych z nim kobiet, które to życie diametralnie zmienią. Wszystko to prowadzi do nieoczekiwanego zakończenia. Czytając powieść przeczuwałam niejako, że może się tak skończyć, nawet tego oczekiwałam. Jednak mimo to zakończenie zaskoczyło mnie swoją ekstremalnością i krańcowością. Powiedziałabym,że nawet lekko zirytowało, tak jak irytowała mnie postać tytułowego bohatera. 

Właściwie darzyłam Jaszę sympatią, bo tego człowieka nie da się nie lubić. Jest jak małe dziecko. No cóż - mężczyźni często tacy są. Ale jego postępowanie z zakochanymi w nim kobietami, jego niezdecydowanie, nieumiejętność postawienia sprawy jasno i wyraźnie, ogromnie mnie drażniło. Miałam czasem ochotę potrząsnąć nim i zmusić go do podjęcia sensownej decyzji, bądź jakiejkolwiek decyzji.
Przyznaję jednak, że Singer stworzył doskonały, rozbudowany psychologicznie portret głównego bohatera. Jest to postać barwna, żywa, budząca swoim postępowaniem głębokie emocje. Wobec takiej kreacji nie można przejść obojętnie. 

Singer zauroczył mnie nade wszystko klimatem swojej powieści. Zatrzymał na jej kartach obraz żydowskiego społeczeństwa końca XIX wieku. Drobiazgowo opisał jego zwyczaje, tradycję, kulturę, religię, a przede wszystkim mentalność. Czytając tę książkę przenosimy się do prowincjonalnego Lublina, jeszcze bardziej prowincjonalnych Piasków  oraz do stołecznej Warszawy, miasta zaczynającego się bujniej rozwijać, ale w porównaniu do wielkich europejskich stolic, "trącającego" mimo wszystko prowincją. Widzimy także galerię barwnych postaci: bogobojnych żydów, bezdomnych, złodziei, uczciwie zarabiających rzemieślników, wiernych żon i tych szukających przygód w ramionach kochanków.

Pomimo mojego ambiwalentnego stosunku do głównego bohatera zachęcam gorąco do przeczytania Sztukmistrza z Lublina, szczególnie tych czytelników, którzy jeszcze z pisarstwem Singera się nie zetknęli.

Moja ocena 5/6 (byłby plus, gdyby nie moja irytacja na tytułowego bohatera)

czwartek, 14 lipca 2011

Maureen Jennings, Pod gwiazdami smoka

Po powieść Maureen Jennings sięgnęłam dzięki stosikowemu losowaniu i Bujaczkowi, która wybierała dla mnie numer książki. Pierwszy raz wzięłam udział w zabawie organizowanej przez Annę i bardzo mi się ona podoba. 

Przejdźmy jednak do książki. Pod gwiazdami smoka to druga z serii książek o detektywie Murdochu wydana w Polsce. Maureen Jennings przenosi nas do Toronto końca XIX wieku. Od razu widać miłość jaką autorka darzy to miasto. Otrzymujemy bowiem bardzo wnikliwy i barwny opis uliczek, domów i mieszkańców miasta. Widzimy ubogie mieszkania biedoty, brudne i zaniedbane, skromne lecz schludne domy klasy średniej oraz bogate, pięknie urządzone, zadbane (bo o porządek dba służba) mieszkania elity. Poznajemy także mieszkańców Toronto. Państwa Kitchen utrzymujących się z wynajmowania pokoi. Annę Brogan -  tancerkę i śpiewaczkę w podrzędnym lokalu i jej siostrę Millie pracującą w gorzelni. Sędziego Pedlowa, człowieka niezwykle surowego zarówno w pracy jak i w domu, jego żonę Maud i bratanka Henrego, którzy odegrają znaczącą rolę w powieści. Dolly Shaw o której mieszkańcy wiedzieli bardzo niewiele, a która kiedyś była akuszerką; jej córkę Lilly oraz dwóch chłopców, Georga i Freddiego, przygarniętych przez nią. I oczywiście Williama Murdocha, detektywa w IV komisariacie w Toronto, kochającego taniec i jazdę na rowerze i jednocześnie człowieka bardzo samotnego. 
Losy tych i innych postaci powołanych do życia przez autorkę splatają się w zgrabnie skonstruowanym wątku kryminalnym. Bo Pod gwiazdami smoka to nie powieść obyczajowa a pasjonujący kryminał. 
Wszystko rozpoczyna się z chwilą odnalezienia przez Georga i Freddiego martwej Dolly Shaw. Sprawa trafia w ręce detektywa Murdocha, który początkowo podejrzewa nieszczęśliwy wypadek. Jednak wyniki sekcji zwłok wyraźnie wskazują na morderstwo. Murdoch rozpoczyna więc śledztwo. Pracuje powoli lecz bardzo metodycznie. Z wielką logiką łączy ze sobą poszczególne elementy układanki, odkrywa kolejne tajemnice by wreszcie ujawnić światu mordercę.  Napotyka też na wiele trudności. Musi stawić czoła szanowanemu przez wszystkich sędziemu, i radzi sobie z tym zadaniem nadzwyczaj dobrze nie dając się zastraszyć temu apodyktycznemu mężczyźnie. Z wysiłkiem przedziera się przez sieć kłamstw i niedomówień umiejętnie wyłuskując pojawiającą się w zeznaniach świadków i podejrzanych prawdę.
Maureen Jennings stworzyła ciekawą zagadkę kryminalną. Mniej więcej od połowy książki typowałam już podejrzanego i właściwie  miałam rację. Żeby jednak nie popaść w zbyt wielkie zadufanie szybko nadmieniam, że czytelnik miał od samego początku więcej informacji niż prowadzący śledztwo. Nie były one może podane bezpośrednio jak na tacy, ale można było wielu spraw się domyślić, a następnie troszkę pogłówkować.  Fakt, że udało mi się wytypować mordercę nie wpłynął na odbiór powieści. Czytałam ją z wielką przyjemnością i zainteresowaniem, także dlatego, że jak najszybciej chciałam sprawdzić swoje przypuszczenia.

Powieść Maureen Jennings czyta się szybko i przyjemnie. Napisana jest zrozumiałym i ciekawym językiem. Co prawda nie spotkamy w niej rozbudowanych psychologicznie portretów bohaterów, to jednak są to barwnie i żywo skonstruowane sylwetki. A sam detektyw Murdoch budzi moją ogromną sympatię. Jest człowiekiem uprzejmym, życzliwym i troskliwym. Z galanterią odnosi się do kobiet. Zna swoje miejsce, ale nie waha się stawić czoła wpływowemu człowiekowi jeśli ten stoi na drodze do rozwiązania zagadki morderstwa. I oczywiście niezmiernie podobają mi się jego zainteresowania, bo są to rzeczy, które "misie lubią najbardziej" czyli wspomniany już wcześniej taniec i jazda na rowerze.
Nie żałuję czasu spędzonego na lekturze tej powieści. Będę szukała pierwszej części przygód detektywa, a na LC widziałam, że chyba pojawiła się też część trzecia. Polecam wszystkim miłośnikom kryminałów. 

BUJACZKU!!! Bardzo dziękuję, że wybrałaś dla mnie właśnie tę książkę.

Moja ocena 5/6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...