poniedziałek, 22 sierpnia 2011

James Rollins, Mapa trzech mędrców

To kolejna powieść tego autora, której bohaterami są agenci pewnej tajnej organizacji zwanej Sigma. Jej działalność jest tak tajna, że wie o niej bardzo niewiele osób w całych Stanach. 
Na jej czele stoi Painter Crowe, a do jego najlepszych i najbardziej ulubionych agentów należą: Grayson Pierce oraz Monk Kokkalis. Ludzie niezwykle inteligentni, sprawni fizycznie, świetnie posługujący się bronią, a przede wszystkim potrafiący błyskawicznie reagować i podejmować decyzje co w w wielu przypadkach pozwala wyjść cało z opresji. 
Fabuła powieści toczy się wokół relikwii trzech mędrców ze Wschodu, którzy przybyli by oddać pokłon nowo narodzonemu Jezusowi. Jak zwykle u Rollinsa, współczesne wydarzenia mają swoje źródła w odległej historii. Tym razem cofamy się do czasów Niewoli Aviniońskiej kiedy to równolegle rezydowało dwóch papieży - jeden w Rzymie (uzurpator) drugi w Avinionie. Wtedy to wywieziono do Niemiec relikwie trzech mędrców i specjalnie dla ich przechowywania wybudowano katedrę w Kolonii.
Akcja powieści rozpoczyna się właśnie w Kolonii, gdzie w katedrze dochodzi do kradzieży relikwii i bestialskiego mordu obecnych na mszy wiernych. Z tragedii ratuje się tylko jeden człowiek, a to co mówi jest tak niewiarygodne i sprawia że w śledztwo zostaną włączeni agenci Sigmy, a także wysłannicy z samego Watykanu. 
Do Greysona i Monka dołączyła piękna i niebezpieczna Kat Bryant. Z ramienia Watykanu do Kolonii wyjechał monsinior Vigor Verona kierujący Papieskim Instytutem Archeologii Chrześcijańskiej oraz jego siostrzenica Rachele Verona, porucznik rzymskich karabinierów.
Bohaterom przyjdzie się zmagać z trudną zagadką historyczna, kryminalną i naukową. Będą narażeni na ogromne niebezpieczeństwo, gdyż ich potężnym wrogom zależeć będzie na zachowaniu absolutnej tajemnicy. 
 
Wielokrotnie znajdą się w sytuacji bez wyjścia, w której powinni stracić życie, ale jak to w tego typu książkach bywa, uda im się w cudowny sposób uniknąć przeznaczenia. Będą zmuszeni poruszać się po omacku nie wiedząc kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. I oczywiście od wyniku ich misji zależeć będą losy świata, bo wroga organizacja przeciw której będą walczyć chce objąć panowanie nad światem, po to aby zniszczyć stary i zaprowadzić nowy, "lepszy" porządek.
Cóż wyłania się z tego opisu? Całkiem niezła powieść sensacyjno-przygodowa z elementami trillera. Jej atutem jest wartko prowadzona akcja, szybko po sobie następujące coraz to dziwniejsze wydarzenia. Zagadka jest bardzo zagmatwana, aby ją rozwiązać potrzeba nie tylko wiedzy ale i inteligencji i sprytu. A czas goni. Bohaterowie są wyraźnie dobrzy bądź źli, ale autor wprowadził też dla urozmaicenia postać, którą trudno jest nam zaszufladkować. Z jednej strony jest wrogiem, z drugiej jednak .....
Zaletą są także niespodziewane i zupełnie nieoczekiwane zwroty akcji. Sprawia to, że nie wszystko jest takie jak wydawało się nam na początku co owocuje większym zainteresowaniem ze strony czytelnika. Takie zabiegi autora przykuwają naszą uwagę i narzucają nam tempo czytania. Bo przecież chcemy się szybko dowiedzieć co się znów wydarzy. 
Szybkie czytanie ułatwiają nam dialogi, które stanowią zdecydowaną większość powieści. Narracja i opisy są zredukowane do niezbędnego minimum. Niektórych czytelników może to razić, ale zabieg ten  decyduje o atrakcyjności książki. Ten brak rozbudowanych opisów przyśpiesza akcję i sprawia, że czytelnik znajduje się w ciągłym napięciu.
Język Rollinsa jest prosty, często dosadny. Rzadko pojawiają się wulgaryzmy, ale zawsze ich użycie jest uzasadnione. Oczywiście pojawiają się sceny brutalne co jest niewątpliwie w dzisiejszych czasach nieodłącznym elementem powieści sensacyjnych, trillerów i horrorów. Sceny te jednak są opisane dość lapidarnie bez zbędnego wydłużania, a także bez niepotrzebnego okrucieństwa. Autor tak konstruuje ich opis, że wiele najbardziej drastycznych momentów zostawia domysłom czytelnika. Jest to dla mnie osobiście wielkim plusem gdyż nie lubię niepotrzebnej brutalności i w tych kwestiach naturalizm nie zawsze jest dla mnie zaletą. 

Jednym słowem Rollins stworzył całkiem sympatyczną książkę do poczytania, spełniającą wymogi dobrego czytadła z kategorii sensacja/kryminał/triller. Książka dobra na czas wypoczynku czy to wakacyjnego czy to weekendowego. Usiąść w ciepłym, wygodnym kąciku, otworzyć książkę i.......

Moja ocena: 3+/6


 Na zdjęciach: 1. Katedra św. Piotra i Najświętszej Marii Panny w Kolonii
2. Strona przednia Relikwiarza Trzech Króli
(Zdjęcia pochodzą z Wikipedii)

Skorzystam też z okazji  by pochwalić się nowymi nabytkami. W piątek odwiedziłam wielkie miasto Łódź i oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie zajrzała do antykwariatów.  Z dumą przedstawiam swoje nabytki. Całość nie przekroczyła 60 złotych.



Tradycyjnie rozpoczynam od góry:
1. Alistair MacLean, Złote rendez-vous (to takie moje marzenie z wczesnych lat młodości, mam sporo jego książek, kiedyś się nimi zaczytywałam; jednak tę miałam tylko wypożyczoną; a teraz nabyłam za całe 2 złote)
2. Joe Alex, Piekło jest we mnie (Alex to jeden z moich ulubionych pisarzy kryminałów; kiedyś czytałam jego książki, posiadam tylko ukochaną - Jesteś tylko diabłem oraz Cichym ścigałam go lotem; a teraz chcę nabyć pozostałe; zostały mi jeszcze dwie)
3. Joe Alex, Zmącony spokój Pani Labiryntu (j.w.)
4. Joe Alex, Śmierć mówi w moim imieniu (j.w.)
5. Joe Alex, Gdzie przykazań brak dziesięciu (j.w.)
6. Maria Nurowska, Miłośnica (tak jakoś mi wpadła za 5 złotych, miałam przeczytać w akcji Włóczykijki - teraz mam swoją)
7. Carolly Erickson, Sekretne życie Józefiny (lubię czasy napoleońskie, zawsze ciekawiła mnie postać żony Napoleona)
8. Marina Mayoral, Kto zabił Inmaculadę de Silva? (miałam na liście do przeczytania więc skorzystałam z okazji i kupiłam)
9. Mikkel Birkegaard, Biblioteka cieni ( na tę książkę polowałam już od dawna, najdroższy zakup  w tym stosiku)

niedziela, 21 sierpnia 2011

Wakacyjnych wspomnień czar

Piękny czas wakacyjnych wyjazdów dobiegł końca, przynajmniej w moim przypadku. Teraz pozostaje jedynie powspominać przy filiżance dobrej kawy oraz oglądając zrobione podczas wyprawy zdjęcia. 
Postanowiłam trochę tych wspomnień i zdjęć zamieścić w swoim Zakątku wyobraźni. 
Zacznę od wyjazdu w Karkonosze. To najwyższe pasmo górskie Sudetów. Rozciąga się ono na przestrzeni 70 km, a jego szerokość waha się pomiędzy 8 a 20 km. W 1/3 należą one do Polski, 2/3 znajduje się w Czechach. Granica przebiega głównym grzbietem górskim.

W Karkonoszach byłam po raz pierwszy. Do tej pory polskie góry kojarzyły mi się z Tatrami. Wysokie, nagie szczyty pnące się w stronę nieba. Takich zapierających dech w piersiach widoków w Karkonoszach nie ma. Nie oznacza to jednak, ze góry te nie spodobały mi się. Polubiłam je na tyle, że chętnie do nich kiedyś powrócę. Obecny pobyt nie był długi, więc nie odkryłam wszystkich pięknych zakątków. Parę jednak zobaczyłam. I o nich chcę opowiedzieć. 
 Palmę pierwszeństwa oddaję Śnieżce, jako najwyższemu szczytowi karkonoskiego pasma. Liczy ona sobie 1602 m n.p.m. Nie jest to może imponująca wysokość, bywało się na większych. Ale dla moich dzieciaków w sam raz. Szczyt postanowiliśmy zdobyć, a nie pokonywać większość trasy wyciągiem na Kopę. Przyznam się, że właściwie to ja postanowiłam, bo po pierwsze panicznie boję się wyciągów krzesełkowych, po drugie po górach się chodzi - nie jeździ. Malownicza droga prowadząca najpierw lasem, a potem pomiędzy przytuloną do stoków kosodrzewiną zajęła nam ponad dwie godziny. I wreszcie mogliśmy stanąć na szczycie. 
Niestety widok nowego, wybudowanego w początkach lat 70-ych obserwatorium w kształcie trzech połączonych ze sobą talerz, znacznie osłabił mój zachwyt. Na zdjęciach budowla ta prezentowała się troszkę lepiej. Za to nie zawiodłam się panoramą widoczną ze Śnieżki, ani skromnie wyglądającą kapliczką św. Wawrzyńca. Jest to najstarsza budowla na Śnieżce. Powstała ona w XVII wieku, poświęcono ją 10 sierpnia 1681 roku. 300 lat później zaakceptowano, że dzień 10 sierpnia będzie świętem przewodników sudeckich. Od 1981 roku w tym dniu o godzinie 12.00 odprawiana jest w kapliczce msza św. z udziałem przewodników i pozostałych wiernych z Polski i Czech. 
Jak już pisałam widok ze szczytu może nie powala na kolana, ale za to uświadamia piękno otaczających nas Karkonoszy.
Wejście na szczyt nasze dzieci uczciły solidną porcją lodów, a my całkiem niezłą kawą mrożoną. Jedynym minusem tego obżarstwa było znaczne uszczuplenie naszych zasobów finansowych. 
Ponieważ wejście i pobyt na szczycie zajął nam znacznie więcej czasu niż przewidywaliśmy mój mąż zarządził w drodze powrotnej zjazd wyciągiem krzesełkowym z Kopy. O swoich wrażeniach powiem tylko tyle, że chciałabym jak najszybciej o tym koszmarze zapomnieć. Jak napisałam wcześniej panicznie boję się takich wyciągów, a ten okazał się mieć pojedyncze krzesełka. Jakby tego było mało musiałam zjeżdżać z córką na kolanach. Nie potrzeba zbyt bogatej wyobraźni by zrozumieć co wtedy czułam. Po zjeździe jeszcze przez kolejne 20 minut drżały mi ręce i nogi (oczywiście przede wszystkim z emocji).
Mimo to pobyt na Śnieżce wspominam bardzo dobrze. 


A co na zdjęciach?
1. Wspinamy się na szczyt. Jeszcze została nam połowa drogi. W oddali widać obserwatorium - nasz cel wędrówki.
2. Dalej się wspinamy. Po drodze specyficzne miejsce pamięci - symboliczny cmentarz poświęcony ofiarom gór. Widoczny krzyż.
3. Kapliczka św. Wawrzyńca - najstarsza budowla na Śnieżce.
4. Moi zdobywcy Śnieżki. Widać zmęczenie, ale i radość. W tle obserwatorium.
5. Widok prawie ze szczytu na drogę, którą przebyliśmy.

sobota, 20 sierpnia 2011

Katarzyna Berenika Miszczuk, Ja, diablica

Gdzie można spotkać pikietującą Joannę d'Arc albo pijących razem herbatkę Juliusza Cezara i Elvisa Presley'a? Oczywiście w piekle. W piekle w zręczny sposób wykreowanym przez panią Katarzynę Berenikę Miszczuk. 

Tytułowa diablica to Wiktoria Biankowska, młoda urocza dziewczyna, która w nieoczekiwany sposób została pozbawiona życia, a targ o jej duszę wygrał przystojny i podstępny diabeł Azazel. To on również zadecydował, że Wiktoria nie będzie przeciętną mieszkanką piekła czyli Niższej Arkadii, a zostanie właśnie diablicą. A to wiązało się z nadaniem dziewczynie mocy. Mocy, której Wiktoria nauczyła się szybko używać na swoją korzyść. W czym zresztą pomogła jej jedyna do tej pory diablica - Kleopatra. Tak, tak, mowa tu o najbardziej znanej w historii Egiptu Kleopatrze, żonie Cezara i Marka Antoniusza. To właśnie Kleopatra uświadomiła nowej diablicy, że może ona wracać na ziemię. Co zresztą Wiktoria skwapliwie wykorzystywała. 
A na ziemię oprócz jej kochanego brata Marka, który troszczył się o nią w zastępstwie rodziców, "ciągnął" Wiktorię jeszcze jeden mężczyzna - Piotruś, w którym była zakochana "na śmierć i życie". Żeby nadać lekkiej pikanterii romansowemu wątkowi autorka wprowadziła postać szalenie przystojnego i równie szalenie sympatycznego diabła Beletha zauroczonego (aby nie powiedzieć - zakochanego) Wiktorią.
Tyle na temat treści. Nie chcę bowiem zdradzać szczegółów fabuły. A działo się dużo, a nawet bardzo dużo. 

Ja, diablica to moja pierwsza włóczykijkowa powieść. Nie oczekiwałam literatury wysokiego lotu, raczej nastawiałam się na książkę przy której można świetnie się bawić i dobrze odpocząć. I taką książkę właśnie dostałam. Za co ją cenię? Za dowcip, taki lekki, często nieuchwytny, ale widoczny w przedstawianiu postaci, w dialogach, w pewnych sytuacjach. Czytając tę powieść nie zanosiłam się ze śmiechu, a jednak często się uśmiechałam, gdyż wprawiała mnie ona w dobry nastrój. Raz czy drugi poczułam pewien zgrzyt w tym dowcipie, ale ostatecznie wybaczyłam to autorce. 
Podobały mi się także kreacje głównych bohaterów. Moją największą sympatią cieszyli się oczywiście Beleth i Wiktoria (właśnie w tej kolejności) no i oczywiście Behemot (jakże by inaczej). Nie mogę także pominąć drugiej ciekawej pary czyli Kleopatry i Azazela, choć ten drugi może irytować swoją pychą i megalomanią. Niestety nie udało mi się polubić ukochanego Wiktorii - Piotrusia. Szczerze mówiąc nie wiem co tak naprawdę ona w nim widziała. Dla mnie to całkowicie bezbarwna postać. Do dziś nie rozgryzłam czy jest to zamierzony zabieg autorki czy może coś jej po prostu nie wyszło. Mam nadzieję, że okaże się to w kolejnej części. Myślę, że takowa będzie, bo sugeruje to zakończenie powieści.
Podsumowując: książka mi się podobała jako sympatyczne czytadło na wakacje (i nie tylko); taki trochę odstresowacz, trochę umilacz naszej szarej codzienności. Według mnie autorka cel osiągnęła - zapewniła czytelnikowi dobrą rozrywkę. Zdecydowanie wolę tę powieść od Zmierzchu Stephenie Meyer. Być może ze względu na nasze polskie realia, a może po prostu dlatego, że naszej kulturze bliższe są diabły niż wampiry. A może jest lepiej napisana? 
Choć pisałam, że to czytadło, ale dobre czytadło według mnie,więc może ocena będzie trochę zawyżona, ale daję tej powieści 4/5. 

Powieść pani Katarzyny Bereniki Miszczuk przeczytałam dzięki akcji "Włóczykijka" oraz uprzejmości wydawnictwa W.A.B.

Ps. Świetna okładka. Doskonały pomysł na ten "diabelski" błysk w oku. Niestety nie tak wyobrażałam sobie Seksownego Diabła (mimo to nadal go lubię).

wtorek, 9 sierpnia 2011

Koty na półce

W krótkiej przerwie pomiędzy wakacyjnymi wyjazdami wpadłam do domu i zastałam paczkę, a w niej te wspaniałe koty:


Bardzo się cieszę z takich kociaków. A przyszły do mnie w sposób bardzo niespodziewany. Wygrałam je na blogu Zaczytana.... Nie tak od razu jednak tylko w drugiej rundzie. I dlatego zupełnie się ich już nie spodziewałam. Było losowanie,  koty miały pójść do kogoś innego, a tu w przeddzień wyjazdu zupełnie przypadkowo zajrzałam do Maiooffki i .... I teraz bardzo się cieszę z moich kotów. Drewniany już stoi na półce, a książkę postaram się przeczytać po powrocie z wakacji. 
Bardzo dziękuję Maiooffce za koty a także za zakładkę oraz herbatkę, kawkę i słodycze. Oto zdjęcie całej zawartości paczuszki:


Jeżeli już jesteśmy przy kotach, to pociągnę troszkę koci temat.
Na wakacyjnych szlakach także spotkałam wspaniałe kociaki. Pierwszy był w pensjonacie, w którym mieszkaliśmy. Przepiękny kot. Mieszaniec amerykańskiego maine coona z norweskim leśnym. Niestety nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia, bo kotek jest bardzo nieufny i nie lubi jak wokół niego robi się wiele zamieszania. Nie chciałam go denerwować, więc tylko mam zdjęcie cudownego pyszczka. Reszta kota ukryta pod fotelem.





Ale to nie wszystkie wakacyjne koty. Wracając z Karkonoszy wstąpiliśmy do zamku w Książu i tam spotkaliśmy zamkowe koty. Teraz latem żyją sobie całkiem nieźle, ale zimą pracownicy zamku mają kłopoty z wykarmieniem wszystkich kociaków. Jest ich podobno około 20. Nam udało się zobaczyć kilka z nich. 






Gdyby nie moje trzy koty domowe chętnie zabrałabym jakąś "bidę" z Książa, a tak niestety mój mąż na więcej zwierzaków się nie zgadza.

Wyruszam dalej na wakacyjne szlaki. Dlatego nadal nie będę mogła komentować Waszych wpisów. Do zobaczenia po 15 sierpnia.

środa, 3 sierpnia 2011

Józef Ignacy Kraszewski, Powrót do gniazda: Powieść z podań XVI wieku

Bardzo słabo znam twórczość Kraszewskiego, a przecież był on niesamowicie płodnym pisarzem. Dlatego kiedy wystartował Projekt Kraszewski postanowiłam się do niego przyłączyć. Hasło "projektowego" blogu brzmi: Mamy bzika na punkcie JIKa!, a ja nie mogę powiedzieć jeszcze, że tego "bzika" już posiadam, ale przecież wszystko przede mną. Stąd mój udział w projekcie. Bo jeśli chce się mieć bzika na punkcie JIKa to twórczość tegoż JIKa trzeba należycie poznać. 
I tak zaczęłam od powieści z cyklu historycznego, z czasów Jagiellonów, Powrót do gniazda: Powieść z podań XVI wieku.
Jak wiek XVI to od razu skojarzyła mi się Reformacja. I proszę - strzał w dziesiątkę. 
Bohaterem powieści jest młody wojewodzic Janusz, którego ojciec, za namową swojego starszego brata, wysłał na naukę do Niemiec. Nasz młody bohater wyjechał więc do... Wittenbergii. To tam właśnie Marcin Luter wywiesił na drzwiach kościoła swoje 95 tez skierowanych przeciwko sprzedaży odpustów i w ten, niespodziewany nawet dla siebie, sposób rozpoczął ruch zwany Reformacją.

Wojewodzic zamieszkał w domu bogatego złotnika. Tam poznał jego córkę, wychuchaną i wypieszczoną jedynaczkę, piękną, mądrą i dobrą Frydę. Młodzi, jak to często bywa, zapałali do siebie gorącym uczuciem. Ojciec domyślał się tego i po cichu im błogosławił. Piękny i bogaty wojewodzic był wg niego bardzo dobrą partią dla ukochanej  jedynaczki.
Niestety szczęście zakochanych nie trwało długo. Janusz bowiem otrzymywał z domu list za listem, w których ojciec Wojewoda wzywał syna do powrotu. Musiał wiec w końcu okazać należne rodzicowi posłuszeństwo. Rozstanie z ukochaną było trudne. Jednak Janusz obiecał, że niedługo powróci. 
W tym miejscu pomyślałam sobie: to będzie ckliwy romansik. I tu się pomyliłam. Ponieważ wkrótce okazało się, że ważniejszą sprawą stała się kwestia zmiany wyznania przez młodego wojewodzica. I choć ostatecznie pod koniec powieści do romansu powracamy, to główną rolę odgrywa w niej właśnie kwestia wiary.
Czasy były rzeczywiście trudne i niespokojne. Nowinki religijne dotarły i do Rzeczpospolitej. Przyjęły się najczęściej i najszybciej wśród mieszczaństwa, które w dużej mierze było pochodzenia niemieckiego, ale także i wśród polskiej szlachty. Często podziały religijne dotykały rodziny. Zmieniał wiarę brat, ojciec czy syn. Kraszewski w Powrocie do gniazda ukazał skutki takiego podziału. Pokazał jak wpływał on destrukcyjnie na członków rodziny, prowadził nawet do wielkich tragedii. 
Z kim sympatyzował autor? Nie był według mnie całkiem przeciwny nowemu wyznaniu, jednak sposób prowadzenia akcji oraz zakończenie powieści wskazuje na to, że uważał wyznania reformowane za obce mentalności i religijności polskiej.
Choć w pewnym sensie zakończenie było dość przewidywalne nie zmniejszyło to przyjemności czytania. Czytało się bowiem tę powieść dość lekko i przyjemnie. Kraszewski starał się wystylizować język na staropolski. Zadbał też o XVI-wieczne realia zarówno życia w niemieckim mieście, jak i na polskim dworze. Wykazał się także znajomością mentalności, obyczajów i tradycji polskiej szlachty dla której duma i honor rodu był ważniejszy nawet od osobistego szczęścia dziecka. Przede wszystkim obowiązek wobec Boga, Ojczyzny i Rodu. Takim człowiekiem był Wojewoda - ojciec Janusza. Kraszewski stworzył piękny portret polskiego szlachcica wiernego wierze i tradycji swoich przodków. Można nie zgodzić się z decyzjami tego "żelaznego człowieka", jak mówił o Wojewodzie jego starszy brat, ale nie można było odmówić mu szlachetności. Postępował tak, jak nakazywało mu sumienie, choć serce mówiło czasem coś innego. Dla mnie była to najbardziej wyrazista postać wykreowana przez Kraszewskiego. Budziła też wg mnie największe emocje. Pozostali bohaterowie znajdowali się jakby w tle tego wielkiego człowieka. Choć przyznaję, że była to postać kontrowersyjna i trudno ocenić jednoznacznie jego postępowanie. 

Podsumowując: nie żałuję czasu spędzonego z tą powieścią Kraszewskiego. Może nie powaliła mnie ona na kolana, ale pozytywnie zaskoczyła wprowadzeniem wątku Reformacji, który usunął w cień rozpoczynający się watek romansowy. 
W posłowiu doczytałam, że Kraszewski we wcześniejszych swoich powieściach poruszał też  tematykę Reformacji, ale w  Powrocie do gniazda uczynił z niej motyw przewodni.

Moja ocena: 4+/5

Skorzystam z tego wpisu by podać dwie ważne informacje. 

1. Jutro rano (a właściwie dzisiaj - spojrzałam na zegarek i zobaczyłam, że jest godzina 00.32) wyjeżdżam w Karkonosze. Bardzo się cieszę na ten wyjazd, bo to będzie moje pierwsze spotkanie z tymi górami. Niestety bardzo krótkie. Wracamy już w poniedziałek. A potem zaraz jedziemy do teściów do Grudziądza. Nie wiem czy uda mi się zajrzeć do siebie i do waszych blogów. Być może pojawię się dopiero po 15 sierpnia. Z góry wiec przepraszam za brak komentarz pod Waszymi wpisami. Obiecuję, że jak przyjadę to nadrobię zaległości. I będę się starał zaglądać jak tylko będę miała dostęp do internetu.

2. Na blogu Klaudyny Futbolowej Kreatywa znajdziecie ciekawą niespodziankę i kolejny konkurs. Zapraszam. Ja już tam byłam.


Oj, już zaczyna mi Was brakować. Pocieszam się jednak tym, że wspaniałe wrażenia z podróży mi to zrekompensują.

Na pierwszym zdjęciu widoczny ojciec Reformacji Marcin Luter, na drugim drzwi kościoła zamkowego, na których prawdopodobnie przywiesił 95 tez. Oba zdjęcia pochodzą z Wikipedii.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

O czym dziś się mówi w świecie ksiażkowych blogerów czyli Złota Zakładka

Dziś cały dzień myślę o zakładce, ale takiej niezwykłej, bo Złotej Zakładce czyli Nagrodzie Blogerów Książkowych



Cóż mogę powiedzieć: wspaniała inicjatywa. O jej szczegółach można się dowiedzieć na stronie Złotej Zakładki.

Tylko mogę żałować, że w tym roku nie będę mogła brać udziału w nominowaniu i głosowaniu. Ale decyzja jest słuszna. Ma to być nagroda blogerów piszących o książkach, a więc i książki te nałogowo czytających. Żeby wybrać książkę roku trzeba trochę tych książek znać. Nic dodać, nic ująć.

Życzę ekipie organizatorów, aby ta nagroda z roku na rok stawała się coraz bardziej prestiżową. Jestem pod wrażeniem ogromu pracy jaką włożyli oni w opracowanie regulaminu i ile jeszcze będą musieli swojego czasu poświęcić. Widać, że to zapaleńcy, którzy książki kochają i zrobią wszystko, by inni też je pokochali. Trzeba mieć tylko nadzieję, że taki entuzjazm przyniesie owoce. 

Dziś niektórzy mają za punkt honoru przeczytanie wszystkich książek-laureatów prestiżowych nagród literackich. A wyobraźcie sobie, że za rok, może dwa takim punktem honoru będzie zapoznanie się z książkami, którym przyznano Nagrodę Blogerów. Ach, rozmarzyłam się.

niedziela, 31 lipca 2011

Paulo Coelho, Weronika postanawia umrzeć

Do tej pory nie miałam prawie styczności z prozą Paulo Coelho. Oczywiście wiele o nim słyszałam, kupiłam nawet dwie książki, ale jakoś nie mogłam się za nie zabrać. 
Ostatnio tak się jakoś składało, że z różnych stron docierały do mnie informacje o jednej z jego powieści - Weronika postanawia umrzeć. I kiedy na półce u mojej cioci dojrzałam tę książkę od razu wykorzystałam okazję by ją przeczytać.

Główną bohaterką jest Weronika - młoda dziewczyna mieszkanka Lublany, stolicy Słowenii. Pewnego dnia Weronika znudzona rutyną życia postanawia umrzeć. Bardzo skrupulatnie przygotowuje się do śmierci. Postanawia popełnić samobójstwo poprzez zażycie dużej ilości tabletek nasennych. Jakież jest jej zdumienie kiedy po kilku dniach budzi się nie w niebie, nie w piekle, ale .... w szpitalu psychiatrycznym.  Uratowana od śmierci przeżyła po to, by dowiedzieć się od opiekującego się nią lekarza, że podczas próby samobójczej uszkodziła sobie nieodwracalnie  serce i czeka ją około tygodnia życia. 
Dziewczyna spędza pozostały jej czas w szpitalu, poznaje jego pacjentów, a zawarte znajomości pozwalają jej zupełnie inaczej spojrzeć na siebie i swoje życie. 

Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia co do tej książki. Temat dotyczący sensu ludzkiego życia wydaje się być bardzo ważny. Wiele miejsca poświęcił też autor rozważaniom na temat szaleństwa i jego odbioru przez tzw. "normalnych" ludzi.  Tylko że rozważania brazylijskiego pisarza nie do końca mnie przekonały. Nie mogłam dopatrzeć się w nich głębszego sensu, miałam wrażenie, że autor ślizga się po powierzchni tematu. Ponadto zarówno sama fabuła jak i zakończenie powieści były przewidywalne. Opowiedziane przez autora historie poszczególnych bohaterów miały  stanowić kolejne etapy wtajemniczenia w sens rozważań na temat ludzkiego życia, jego wartości. Według mnie nie spełniały jednak tej roli dość dobrze. Zabrakło głębszego portretu psychologicznego tych postaci.
Mimo to książkę czytało mi się dobrze. Napisana jest lekkim, prostym językiem, zrozumiałym dla przeciętnego czytelnika. Czyta się ją szybko i nawet z umiarkowanym zaciekawieniem. 
Nie mogę powiedzieć, żeby ta powieść mi się nie spodobała, ale też nie mogę przyznać, że zrobiła na mnie wielki wrażenie. Ot, może trochę lepsze czytadło. A ja przecież czytadła lubię, bo czyta się je najczęściej dość lekko i przyjemnie. Miała ona tę niewątpliwą zaletę jako czytadło, że mimo wszystko po jej lekturze pozostał pewien ślad - przekonanie, że w życiu ważna jest zarówno rutyna codzienności, która może dawać człowiekowi zadowolenie i poczucie bezpieczeństwa, jak i chwile szaleństwa, które pozwalają nam utrzymać nasze zdrowie psychiczne i sprawiają, że z chęcią potem do  rutyny powracamy.
Lektura tej powieści nie zniechęciła mnie całkowicie do twórczości brazylijskiego pisarza. Na pewno przeczytam dwie posiadane przez siebie jego powieści, a czy będę szukała kolejnych - czas pokaże.

Moja ocena 3+/6

Lektura powieści Coelho zaowocowała także zainteresowaniem Lublaną. Przyznam się -  właściwie nic na temat tego miasta nie wiedziałam. Poszperałam wiec troszkę po internecie i dowiedziałam się, że ma ono bogatą historię i ciekawą architekturę. Oto kilka zdjęć z Wikipedii.

Panorama Lublany. W tle widoczny zamek, który przed śmiercią pragnęła obejrzeć Weronika.

Na górnym zdjęciu nabrzeże nad rzeką Lublanicą, na dolnym uniwersytet w Lublanie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...