piątek, 16 września 2011

Grażyna Bąkiewicz, Coś za coś

W życiu już tak bywa - coś tracimy, coś zyskujemy. Coś za coś.
Bohaterka powieści Grażyny Bąkiewicz - Julia  - jest trzydziestosześcioletnią kobietą, matką dwudziestoletniej Zuzi. Jej pasją są jaskinie. Od dziecka nie bała się ani ziemi, ani kamienia.Wierzyła, że jej ciało jest jak z gumy - potrafi dopasować się do każdej szczeliny. Julia znajdując się kilkadziesiąt metrów pod ziemią nigdy nie czuła strachu, kochała jaskinie z ich tajemniczością i pięknem. Jednak przed trzema laty zginęła w jaskiniach jej koleżanka. Ten wypadek i jego konsekwencje odmienią całkowicie życie Julii. 
Tak jak sugeruje nam tytuł - Julia dużo straci, ale dużo też zyska w zamian. Ktoś bliski odejdzie, ale na jego miejsce pojawi się ktoś, kto da jej szczęście, radość, satysfakcję.Coś za coś. 
Grażyna Bąkiewicz pisze o miłości, poświęceniu, przyjaźni ale także o nienawiści, żalu, zemście. Jej powieść przesycona jest emocjami. Jest w niej miejsce na radość i na cierpienie. Na bezinteresowną pomoc i na bezmyślne zadawanie bólu bliskiemu człowiekowi. 
Bohaterowie to ludzie tacy jak my. Kochają, nienawidzą; są serdeczni i bezpośredni, otwarci na drugiego człowieka i jego potrzeby, gotowi zawsze nieść pomoc, nawet tym, którzy pozornie ją odrzucają bądź zamknięci w sobie, egoistyczni, nieczuli na ludzką krzywdę, zapiekli w swojej nienawiści, fałszywi i dwulicowi. Zuzia, Gaweł, Zosia, Rafał, Hanka, Paweł, Baltazar, mała Zuzia - każdy z nich jest inny, każdy z nich odciśnie swoje piętno na życiu Julii. Ktoś odejdzie, ktoś zdradzi, ktoś pomoże, ktoś pokocha - coś za coś. 
Pierwszoosobowa narracja przybliża nam postać głównej bohaterki. Na toczące się wydarzenia patrzymy z jej perspektywy. Wiemy to, co wie ona, czujemy tak jak ona. Każdy człowiek przechowuje w najgłębszych zakamarkach swojej pamięci obrazy, fakty, słowa, o których chciałby zapomnieć, nie wracać do nich. Ale pod wpływem impulsu wydobywają się one na światło dzienne, by zaatakować ze zdwojoną siłą. Tak dzieje się w przypadku Julii, a my wraz z nią jeszcze raz przeżywamy te trudne chwile i wraz z nią staramy się zrozumieć - dlaczego? A tych dlaczego w życiu Julii jest wiele. I nie na każde  znajdzie ona odpowiedź.
Książkę czyta się bardzo dobrze. Grażyna Bąkiewicz pisze prostym językiem, czytelnym dla każdego; swobodnie posługuje się słowem. Wartkie dialogi, piękne opisy jaskiń, subtelne poczucie humoru (w tym wypadku majstersztykiem jest pierwsze zdanie powieści) to niewątpliwe zalety jej pisarstwa. I mistrzowskie operowanie emocjami, uczuciami. Od dawna już nie zdarzyło mi się płakać podczas lektury powieści, którą można zaklasyfikować jako obyczajową. A czytając Coś za coś kilka razy miałam "oczy na mokrym miejscu" jak zwykła mawiać moja Babcia. A myślę, że tak się stało gdyż dzięki autorce potrafiłam utożsamić się z bohaterką, poczuć to, co ona czuła.
Daleka jestem od stwierdzenia, że powieść ta to literatura bardzo wysokiego lotu. Mimo to wywarła ona na mnie bardzo pozytywne wrażenie i gorąco ją polecam. 
Tym bardziej, że okazało się, iż historia Julii - a właściwie jej część dotycząca relacji z córką - ma potwierdzenie w rzeczywistości; jest prawdziwa.
Skąd ta pewność? 
Otóż wiem to od samej autorki. I tu przejdę do drugiej części mojego wpisu. Dziś tj w czwartek byłam na spotkaniu autorskim z panią Bąkiewicz.


Chciałabym przekazać chociaż garść wrażeń z tego spotkania.
Pani Grażyna mieszka w Łodzi. Ukończyła historię na Uniwersytecie Łódzkim i początkowo pracowała w archiwum. Jednak nie było to zajęcie jej marzeń. Szybko więc zmieniła archiwum na szkołę. I tam pozostała. Przez dwadzieścia pięć uczyła historii najpierw w szkole podstawowej, potem w gimnazjum. Ponieważ od najmłodszych lat chciała pisać skończyła także dziennikarstwo. Jednak krótki epizod pracy w popularnym w czasach komunizmu dzienniku wyleczył ją skutecznie z bycia żurnalistką. Ale chęć pisania była tak przemożna, ze nie dało się jej zignorować. Pani Bąkiewicz zaczęła więc pisać bajki dla swoich dwóch córek. Pisała "do szuflady". Los chciał jednak inaczej. 

Wysłała swoje bajki na ogólnopolski konkurs bajek dla dzieci i .... zdobyła pierwszą nagrodę. Jej bajki zaczęły ukazywać się w popularnym podówczas "Świerszczyku". Później przyszła kolej na pierwszą powieść dla młodzieży "O melba!" za którą autorka otrzymała nagrodę IBBY w 2002 roku. I tak zaczęła się jej kariera jako pisarki. Jest przede wszystkim autorką książek dla dzieci i młodzieży. Napisała też kilka książek dla dorosłych m.in. Coś za coś, choć jak sama mówi woli pisać dla młodszego czytelnika.
Pani Grażyna jest przesympatyczną, otwartą osobą. Opowiada o sobie z wielką swadą, ale jednocześnie z dużą dozą skromności. Emanuje z niej ciepło; widać, że jest osobą przyjazną. 
tematy swoich książek czerpie z życia, ze swojego bogatego doświadczenia w pracy pedagogicznej. Każda jej powieść jest inspirowana ważnym wydarzeniem, które, jak sama mówi, wywołuje w niej silne emocje. Nie mogąc sobie z nimi poradzić przelewa je na papier. Tak powstały jej książki dla młodzieży, tak też powstała powieść Coś za coś.
Wszystkich, którzy chcieliby bliżej poznać autorkę odsyłam do jej strony internetowej.   
Wyszłam ze spotkania z autorką nastawiona pozytywnie zarówno do niej jak i do jej  twórczości. Nie ukrywam, że zaintrygowała mnie swoimi powieściami dla młodzieży, które chętnie w wolnej chwili przeczytam. 

Oczywiście nie powstrzymałam się od kupienia choć jednej jej książki (choć tak się zarzekałam, że nic nie kupię). Tym razem jest to powieść dla dzieci pod smakowitym tytułem Korniszonek.
Wyszłam wiec wzbogacona o dwa autografy - jeden dla mnie, jeden dla moich dzieci.


Zdjęcie pani Grażyny Bąkiewicz pochodzi z jej strony internetowej. 


Pozostałe zdjęcia są mojego autorstwa.






Moja ocena: 5/6

wtorek, 13 września 2011

O pożytkach z wyszywania

Co ma wspólnego haft krzyżykowy z książkami? W moim przypadku wiele. 
Zapisałam się na wspólne haftowanie zwane RR czyli Round Robin (zabawa hafciarek wykorzystujących algorytm karuzelowy - czymkolwiek on jest). Właściwie powinnam zacząć już wyszywanie, ale zanim wybrałam się z mojej wsi na hafciarskie zakupy trochę czasu minęło. 
Dziś udało mi się wymknąć do wielkiego miasta Łodzi. I oczywiście nie mogłam przejść obok księgarni i antykwariatu aby do nich nie wstąpić. A po powrocie zastałam w domu paczkę z książkami zamówionymi w wydawnictwie Prószyński. 
Oto moje książkowe nabytki. Kolejne do ustawienia się w kolejce do czytania. A ostatnio byłam też w bibliotece i nie mogłam wyjść z pustymi rękami (bibliotecznego stosiku nie prezentuję; będzie widoczny w pojawiających się wpisach; poznać łatwo, bo zdjęcia okładek są gorszej jakości - obłożone w folię).


Tradycyjnie już od góry:
1. Sue Monk Kidd, Sekretne życie pszczół (zakupione w antykwariacie, dawno upatrzona pozycja)
2. Nicholas Sparks, Anioł stróż (także w antykwariacie i też od dawna poszukiwana)
3. Kate Morton, Zapomniany ogród (j.w. widziałam pochlebną recenzję na którymś z blogów i spodobała mi się okładka)
4. Sarah Waters, Ktoś we mnie (j.w. także dawno upatrzona; wiele słyszałam o autorce i sama się chcę przekonać jak pisze)
5. Sam Savage, Firmin (kupiona w księgarni za pół ceny; zachęciła mnie pozytywna recenzja; zakup pod kontem wyzwania czytelniczego)
6. Grażyna Bąkiewicz, Coś za coś (kupiona za pięć złotych w wydawnictwie; w czwartek wybieram się na spotkanie z autorką, do tej pory nic nie czytałam, więc warto przed spotkaniem przejrzeć choć jedną książkę; poza tym autorka jest z Łodzi - warto znać twórczość lokalnych autorów)
7. Gwen Cooper, Odyseja kota imieniem Homer (kocia literatura więc dla mnie obowiązkowa; zakup przy okazji powieści pani Bąkiewicz)
8. Michael McDowell, Tabitha King, W cieniu płonących świec (zakup w wydawnictwie, znów spowodowany pozytywną recenzją)

Teraz pozostaje mi tylko umiejętne lawirowanie pomiędzy haftem a książką. Jednak jestem wielką optymistką i mam nadzieję, że sobie poradzę.

środa, 7 września 2011

Józef Ignacy Kraszewski, Brühl. Powieść historyczna z XVIII wieku.


"Jest to szatan w ludzkim ciele, ale szatan, który krzyżem leżąc, się modli, a jutro nieprzyjaciela zgniecie jak muchę i nie będzie miał zgryzoty najmniejszej. Przy tym słodki, miły i ujmujący do najwyższego stopnia." (strona 103)

Takimi słowami charakteryzuje Henryka  Brühla, tytułowego bohatera powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego, padre Guarini - jezuita, spowiednik Augusta III i jego żony, poplecznik Brühla wykorzystujący go  do swoich celów.



Brühl należy do tych powieści historycznych Kraszewskiego, których bohaterami są autentyczne postacie historyczne. Akcja powieści obejmuje czasy saskie. W naszej polskiej historiografii oceniane są one dość krytycznie. Jest to okres panowania w Polsce dwóch królów z dynastii Wettynów: Augusta II Mocnego i jego syna Augusta III Sasa, którzy jednocześnie byli elektorami saskimi.
Głównym bohaterem swojej powieści uczynił Kraszewski Henryka Brühla, pierwszego ministra Saksonii i faworyta Augusta III. Przedstawia on początki kariery tego potężnego później człowieka, niepodzielnie rządzącego Saksonią, mającego nieograniczony wpływ na króla. 
Brühla poznajemy jako tzw. srebrnego pazia na dworze ówczesnego króla Polski  Augusta II. Widzimy jak umiejętnie potrafił się wkraść w łaski swego pana, stać się niezastąpionym. Po śmierci Augusta II Brühl postanawia zdobyć podobną pozycję na dworze jego syna Fryderyka Augusta II, elektora Saksonii i późniejszego króla Polski - Augusta III. Tu napotyka jednak na przeszkodę w postaci hrabiego Aleksandra Józefa Sułkowskiego, który od wczesnych lat młodości towarzyszył następcy tronu (uważa się, że Sułkowski był naturalnym synem Augusta II). Był jego powiernikiem i przyjacielem. Po przejęciu władzy August III mianował Sułkowskiego pierwszym ministrem. I to  z tym nieodłącznym towarzyszem nowego króla zamierzał zmierzyć się faworyt zmarłego Augusta II. Musiał mu stawić czoła, by osiągnąć swój cel. A była nim władza i pieniądze. 
 
Kraszewski w mistrzowski sposób opisuje właśnie tę walkę pomiędzy dwoma faworytami, walkę nierówną, gdyż Sułkowski nie zdaje sobie sprawy z misternie snutej intrygi dworskiej, w której pierwsze skrzypce gra były faworyt Augusta II - Henryk Brühl.
Mimo, że w powieści nie znajdziemy opisów bitew czy pojedynków, mimo, że nie ma w niej błyskawicznych zwrotów akcji, czyta się ją z zapartym tchem niczym najlepszą powieść sensacyjną. Kraszewski bowiem umiejętnie wprowadza nas w świat dworskich intryg, świat, w którym nie liczą się przyjaźnie, w którym nigdy nie wie się kto jest  wrogiem, a kto przyjacielem, gdzie nikomu nie można ufać, gdzie jest się zdanym tylko na siebie. Jest to świat, w którym przetrwa najsilniejszy, najtwardszy, najbardziej bezwzględny, ten, dla którego liczy się tylko dobro własne. A wszystko to jest ukryte pod maską fałszywej życzliwości, przyjaźni i troski.
Towarzyszy temu atmosfera wiecznej zabawy, szaleństwa, a nawet rozpusty. Właściwie nikt, kto się unurza w tym świecie nie pozostaje czysty. Taką cenę płaci się za pozycję, majątek, władzę. Nikt nie walczy z otwartą przyłbicą, bo żeby odnieść sukces trzeba być przebiegłym, chytrym i fałszywym jak lis.

Takim lisem jest niewątpliwie Brühl. Ten młody, przystojny mężczyzna od samego początku nie wzbudzał mojej sympatii. Tym co najbardziej mnie od niego odpychało była jego obłuda. Potrafił on stworzyć pozory człowieka nie dbającego o swoją pozycję, oddanego swojemu panu, przyjaznego wszystkim. Jednocześnie pod tą fasadą niefrasobliwości krył się podstępny intrygant, człowiek dążący do celu bez względu na koszty, nie liczący się z drugim człowiekiem. I właśnie to, że Kraszewski potrafił wykreować tak odrażającą postać uważam za dowód jego mistrzostwa i wielkości. Brühl bowiem to postać wzbudzająca szeroką gamę emocji, wielobarwna, pełnokrwista. To postać, która dystansuje innych bohaterów tej powieści, a przecież i oni zostali po mistrzowsku odmalowani przez autora. Przed oczami czytelnika przesuwa się galeria barwnych postaci: Augusta II, Augusta III, jego żony Marii Józefy, hrabiego Sułkowskiego, Franciszki Kolowrath - żony Brühla, Fryderyki Moszyńskiej - kochanki Brühla i nieślubnej córki Augusta II, padre Guariniego - jezuity i sprzymierzeńca Brühla oraz wielu innych. 

W tej powieści Kraszewski jest minimalistą, ale minimalistą w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie rozbudowuje zbytnio akcji, nie bombarduje też czytelnika natłokiem historycznych wydarzeń ograniczając się do niezbędnego minimum. Ważniejsze jest bowiem w powieści ukazanie obyczajowości czasów saskich, wszystkich niuansów życia dworskiego. 
Wszystko to sprawia, że czytając tę książkę przenosimy się w te odległe dla nas czasy, z zapartym tchem śledzimy losy bohaterów, irytujemy się, złościmy. I zastanawiamy jak potoczyła by się nasza historia gdyby ....

Moja ocena: 5+/6

Zdjęcia (oprócz okładki książki) pochodzą z Wikipedii.

1. August II Mocny - elektor saski i król polski w latach 1697-1733
2. August III Sas - elektor saski i król polski w latach 1733-1763
3. Henryk von Brühl - premier- minister i faworyt Augusta III
4. Aleksander Józef Sułkowski - hrabia, potem książę, pierwszy minister i faworyt Augusta III w latach 1733-1738.

poniedziałek, 5 września 2011

Walter Moers, Miasto Śniących Książek

Niestety z niezależnych od siebie powodów miałam w sierpniu pewien zastój w czytaniu, a ostatnio także w blogowaniu. Nieraz tak bywa, że są rzeczy ważniejsze. Chociaż z drugiej strony każdy mól książkowy  mógłby zakrzyknąć: Jak to!!!! To jest coś ważniejszego od czytania???!!!!

Mam natomiast wielką nadzieję, że wrzesień okaże się pod tym względem dla mnie łaskawszym miesiącem. Tym bardziej, że rozpoczęłam go lekturą powieści, w której książki odgrywają  zasadniczą rolę. Już sam jej tytuł sugeruje czytelnikowi, że sięgając po powieść Waltera Moersa znajdzie się on w świecie książek. 
Walter Moers zabiera nas do wyimaginowanego świata Camonii, którego jest odkrywcą i równocześnie wielkim znawcą. Miasto Śniących Książek to trzecia, po 13 1/2 życia kapitana Niebieskiego Misia oraz Rumo i cuda w ciemnościach, powieść o Camonii. Bohaterem i narratorem jest sympatyczny smok Hildegunst Rzeźbiarz Mitów pochodzący z Twierdzy Smoków, krainy,  której wszyscy bez reszty mieszkańcy poświęcili swoje życie literaturze. Hildegunst jest młodym, liczącym sobie zaledwie siedemdziesiąt siedem lat, początkującym poetą. A tak naprawdę to nie napisał jeszcze żadnego dzieła. Ale jego ojciec poetycki Dancelot Tokarz Sylab widział w nim wielki potencjał i nie miał wątpliwości, że kiedyś jego uczeń stanie się największym poetą w historii camońskiej  literatury. 
Akcja powieści rozpoczyna się w momencie śmierci Dancelota. Wyjawia on wtedy swojemu uczniowi długo skrywaną tajemnicę i przekazuje mu w spadku list, który całkowicie odmieni dotychczas beztroskie życie sympatycznego smoka. 
Po przeczytaniu listu otrzymanego od swojego ojca poetyckiego Hildegunst wyrusza w podróż do Księgogrodu, czyli tytułowego Miasta Śniących Książek, z zamiarem odszukania jego autora. Podróż ta stanie się wielką i niezapomnianą a zarazem ogromnie niebezpieczną przygodą. Na swojej drodze napotka on wiele przeszkód i pułapek, które będzie musiał ominąć by ujść z życiem i iść dalej dążąc wytrwale do celu swej podróży. Napotka też wiele mniej lub bardziej dziwnych stworów. Większość z nich będzie bardzo niebezpiecznych i groźnych; tylko niektóre będą do niego przyjaźnie nastawione. Jednak Hildegunst nigdy na początku nie będzie wiedział z kim ma do czynienia. Będzie więc musiał polegać na swoim sprycie i intuicji. A nie zawsze dokona właściwego wyboru i oceny sytuacji. 
Z krótkiego zarysu fabuły wyłania się obraz powieści przygodowej, rzec by można awanturniczej. I tak w istocie można zaklasyfikować książkę Waltera Moersa. Mieści się ona także w nurcie literatury fantasy, bo przecież wykreowany przez autora świat Camonii nie istnieje. Tak jak nie istnieją zamieszkujące ten świat stwory. A jednak jest  w tej książce jeszcze coś, jakieś drugie dno. 
W informacjach o niemieckim pisarzu można znaleźć wzmiankę o tym, że jest on autorem popularnych w Niemczech komiksów, słynnym ze swojej ironii i niepoprawności politycznej. I wydaje mi się, że odrobinę tej ironii można odnaleźć w Mieście Śniących Książek. Dotyczy ona zarówno oceny twórczości znanych pisarzy (nazwiska pewnych pisarzy ukrył autor w postaci stworzonych przez siebie anagramów), jak i całej otoczki związanej z pojawieniem się i zaistnieniem książki na rynku czytelniczym. Pojawia się ona czasem wtedy, gdy mowa jest to losach pisarzy i ich dzieł, gdy Moers ukazuje mechanizm tworzenia ze zwykłej przeciętnej książki popularnego dzieła. Nie omija także postaw czytelników ukazując w krzywym zwierciadle nasze mniejsze lub większe czytelnicze grzeszki.
Powieść Waltera Moersa to kolejna przeczytana ostatnio przeze mnie książka, która wywołuje u mnie mieszane uczucia. 
Lubię lekkie i przyjemne w czytaniu książki przygodowe, gdzie akcja goni akcję nie pozwalając czytelnikowi na chwilę oddechu. W pewnym sensie Moers zapewnia właśnie takie atrakcje, ale... Jak dla mnie jest ich czasem zbyt wiele, a szczególnie denerwująca była dla mnie liczba pojawiających się wciąż nowych stworów, w których pomału zaczynałam się gubić. Miejscami powieść przypominała mi niezapomniane dla mnie książki Alistaira MacLeana, w których bohater mimo sytuacji wyraźnie bez wyjścia uchodził cudem z życiem i jeszcze przy tym czuł się jak nowo narodzony.
Jednakże z drugiej strony cenię sobie tę książkę za ukryte w niej odniesienia do literatury, jej twórców czyli autorów oraz jej odbiorców czyli czytelników. I właśnie tak odczytywana powieść Moersa jest książką o książkach. 
Na zakończenie dodam, że opowieść o przygodach Hildegunsta urozmaicona jest ilustracjami autorstwa Waltera Moersa, które  przybliżają  napotykane w trakcie czytania nieznane nam stwory.
Mimo tego, że oczekiwałam od tej lektury więcej niż otrzymałam nie żałuję czasu poświęconego na spotkanie z sympatycznym Hildegunstem Rzeźbiarzem Mitów.

Moja ocena: 4/6

niedziela, 28 sierpnia 2011

Kościół św. Idziego w Inowłodzu

W poprzednią sobotę byliśmy całą rodziną na ślubie kolegi mojego męża i jednocześnie na chrzcie jego synka Franciszka. Uroczystość odbyła się w pięknym kościółku w Inowłodzu. I właśnie o tym kościele oraz jego okolicy chcę napisać.

Po raz pierwszy byłam w Inowłodzu choć to około 40 km od nas. Samego miasteczka nie oglądaliśmy. Kościółek pod wezwaniem św. Idziego stoi trochę na uboczu na niewielkim wzgórzu nad Pilicą.
Jest to niewielka budowla romańska. Jej budowa związana jest z postacią jednego z największych książąt piastowskich Bolesława Krzywoustego. Według Galla Anonima Władysław Herman i jego żona Judyta czeska nie mając wciąż męskiego potomka udali się do sanktuarium św. Idziego w Saint-Gilles, aby prosić świętego o narodziny syna. Św. Idzi znany był bowiem jako patron bezpłodnych małżonków. Pielgrzymka okazała się owocna. W niedługim czasie książęcej parze urodził się syn, któremu nadano imię Bolesław.
Świątynię w Inowłodzu według płyty inskrypcyjnej wybudowano pod koniec XI wieku z fundacji szczęśliwego rodzica - Władysława Hermana. Prawdopodobnie jednak naprawdę kościół powstał trochę później - w początkach XII wieku, a fundatorem był nie kto inny jak sam książę Bolesław Krzywousty.

Obecny swój wygląd zawdzięcza kościół prezydentowi Ignacemu Mościckiemu, z którego inicjatywy prowadzono jego renowację (kościół został mocno zniszczony w czasie działań wojennych podczas I wojny światowej) oraz architektowi Adolfowi Szyszko-Bohuszowi, który kierował jego rekonstrukcją. Świątynię ponownie poświecono 1 listopada 1938 roku.

Kościółek jest niewielki, jednonawowy. Wystrój wnętrza ma dość surowy. Piękną ozdobą jest wiszący pośrodku nawy żyrandol z prawdziwymi świecami (w kościele nie ma elektryczności). Widok kościelnego zapalającego poszczególne świece jest niesamowity i przenosi nas w zamierzchłe czasy.  Dzięki takiemu niewielkiemu oświetleniu wnętrze tonie w półmroku, co potęguje średniowieczny nastrój i klimat świątyni.

Podczas prac renowacyjnych  podwyższono wieżę kościelną o jedną kondygnację. Podobno widok z niej jest przepiękny. Niestety okoliczności w jakich się znaleźliśmy w świątyni nie pozwoliły na sprawdzenie tego. Mogliśmy natomiast podziwiać widok na Pilicę ze szczytu wzgórza, na którym usytuowany jest kościółek. Z parkingu znajdującego się nieopodal kościoła prowadzi zejście nad rzekę. Schodząc mija się stojącą na niewielkim placyku rzeźbę. Przedstawia ona Władysława Hermana i przytulonego do nóg ojca małego chłopca - Bolesława Krzywoustego.
Muszę przyznać, że ta niewielka świątynia zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Może dzięki swojej prostocie i specyficznemu klimatowi. Może wpłynęła na to także historia związana z jego powstaniem. Chciałabym tam jeszcze kiedyś powrócić.
A w drodze powrotnej do domu zatrzymaliśmy się w Spale. Lubimy tam jeździć, gdyż miejsce to związane jest z naszym poślubnym weekendem (niestety tylko tyle mogliśmy wtedy czasu uszczknąć). Tym razem nie skończyło się na tradycyjnym spacerze i lodach. Wróciliśmy do domu bogatsi o cudowny czajniczek z mosiądzu. W komplecie nabyliśmy także trójnożną podstawkę. Mąż go troszkę odczyścił, szczególnie wewnątrz. Teraz codziennie gotujemy w nim wodę, by już niedługo bezpiecznie parzyć herbatę. Nie mogę się doczekać pierwszej filiżanki nalanej z nowego czajnika. Mam też nadzieję, iż to nie będzie pierwszy tego typu zakup, a zapoczątkuje on serię "starociowych" zdobyczy. Od dawna już o tym marzyłam, aby troszkę zmienić wystrój naszego najważniejszego w domu pokoju pełniącego funkcję zarówno salonu, jak i jadalni, a także pokoju telewizyjnego (cóż, takie mamy realia). Zakochałam się w "starociach" i właśnie nimi chcę urozmaicić nasz pokoik.


To właśnie mój czajniczek. Muszę dokupić do niego jakieś "starociowe" filiżanki. Nasze są zbyt nowoczesne i niezbyt pasują.

Na zdjęciach powyżej:

1. Kościół św. Idziego w Inowłodzu
2. Rzeźba przedstawiająca Władysława Hermana z Bolesławem Krzywoustym
3. i 4. Widok ze wzgórza na Pilicę. Na pierwszym zdjęciu widoczne kajaki

sobota, 27 sierpnia 2011

Fhilip Roth, Konające zwierzę

 Czy to Yeats? "Pochłońcie serce moje:chucią chore / I w konającym zwierzęciu zamknięte, / Nie wie, czym jest". Yeats. Oczywiście. (strona 88)

Philip Roth - laureat wielu prestiżowych nagród literackich, uważany za jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich. A jednak jego twórczość spotyka się z bardzo różną oceną, uważany jest za dość kontrowersyjnego pisarza.
Dlatego sama postanowiłam przekonać się ile prawdy jest w pozytywnych i ile w negatywnych ocenach pisarza.

Konające zwierzę to powieść, której bohaterem a zarazem i narratorem jest siedemdziesięcioletni wykładowca i znany recenzent kulturalny posiadający swój cykliczny program w telewizji, uważany za autorytet w dziedzinie kultury. Ale nie jego praca jest przedmiotem opowieści. David, bo tak na imię ma nasz bohater, opowiada historię romansu z młodą dwudziestoczteroletnią dziewczyną, Consuelą Castillo. Historia ta miała miejsce osiem lat wcześniej, kiedy David miał sześćdziesiąt dwa lata. Consuela była słuchaczką jego wykładów. Od razu zwrócił na nią uwagę, gdyż wyróżniała się w tłumie dziewcząt swoim sposobem zachowania się i ubierania, który świadczył, że dziewczyna jest świadoma piękności swego ciała ale nie do końca wie jak go wykorzystać. 
Consuela zresztą nie była pierwszą słuchaczką z którą Davida połączył romans. Starzejący się mężczyzna był zawsze wrażliwy na kobiecą urodę obok której nie mógł przejść obojętnie. Chęć wolności, także seksualnej, doprowadziła go jeszcze w latach sześćdziesiątych do rozstania z żoną i opuszczenia rodziny by swobodnie móc  romansować z innymi kobietami.
Consuela nie była jednak taka jak inne dziewczęta i ich związek także był inny. Jaki? Czy połączyła ich miłość czy tylko pożądanie? Czy byli szczęśliwi? Jak romans ten wpłynął na ich życie? O tym można się przekonać sięgając po powieść Rotha. 

Po tym co napisałam do tej pory wydawało by się, że książka ta jest ckliwym romansem. Nic bardziej błędnego. Jest to powieść, która porusza wiele różnych kwestii - obok miłości, wolności seksualnej, także kwestie przyjaźni, relacje miedzy ojcem a synem, rozważania na temat śmierci, choroby, starości. 
Oprócz tego Roth porusza w powieści wiele kwestii dotyczących kultury. Mowa jest o rewolucji seksualnej w latach sześćdziesiątych, o literaturze, muzyce, sztuce nawet historii. Każdy znajdzie tam coś dla siebie, każdy na coś innego może zwrócić uwagę. Mnie osobiście zaciekawiły rozważania na temat Merry Mount, niewielkiego miasteczka zarządzanego przez Thomasa Mortona, którego mieszkańcy swobodą swoich obyczajów drażnili zamieszkujących nieopodal nich purytan (rzecz działa się w XVII wieku) i ich powiązania z seksualną swobodą lat sześćdziesiątych w Ameryce. Chłonęłam też fragmenty dotyczące muzyki. David potrafił właśnie poprzez muzykę wyrazić swoje emocje, marzenia. Muzyka odgrywała też dużą rolę we wzajemnych relacjach pomiędzy Consuelą a Davidem.

Powieść Rotha poruszyła mnie. Z jednej strony przyciągała pięknem języka i stylu pisarza, jego erudycją, bogactwem poruszanych tematów. Z drugiej zaś strony było coś co mnie odpychało, a miejscami wręcz szokowało. To swobodne podejście do erotyki. Wiele zaskakujących opisów, brak jakichkolwiek zahamowań w kwestii erotyki, seksu. To jak pisałam było dla mnie dość szokujące. Jednocześnie musiałam przyznać, że nie było w tym nic z pospolitego wulgaryzmu. Myślę, że pisarz chciał zaszokować czytelnika i w moim przypadku efekt oczekiwany osiągnął.
Nie wiem czy w innych swoich powieściach Roth z taką swobodą i otwartością porusza kwestie erotyczne. Jeżeli nawet tak jest nie zniechęci mnie to do sięgnięcia po kolejne jego książki. Sposób pisania Rotha, jego spojrzenia na świat  tak mnie zafascynował, że chciałabym jeszcze kiedyś spotkać się z jego prozą.

Moja ocena: 4+/6

środa, 24 sierpnia 2011

Agatha Christie, Tajemniczy pan Quin


Właściwie nie lubię opowiadań. Dlaczego? Są zbyt krótkie i kiedy już zaczynam zżywać się z bohaterami, rozsmakowywać się w fabule wszystko nagle się kończy. A ja pytam się: to już? Jeszcze gorzej jest z opowiadaniami kryminalnymi. Tajemnica szybko przestaje nią być. Często łatwo jest znaleźć rozwiązanie zagadki gdyż krótkość formy nie pozwala autorowi na rozbudowanie wątków. Zdecydowanie wolę dłuższe formy literackie.
Ale kiedy postanowiłam, że przeczytam całą kolekcję Agathy to "słowo się rzekło, kobyłka u płota". Padło na zbiór dwunastu opowiadań zatytułowanych Tajemniczy pan Quin.
Kim jest tytułowy pan Quin? Właściwie nic o nim nie wiemy. Sam o sobie mówi, że jest tym, który "przychodzi i odchodzi". Pojawia się właściwie znikąd. Znika nie wiadomo jak i kiedy. Kim jest? Nikt tego nie wie. Nawet przesympatyczny pan Satterthwaite. Ten niewysoki, szczupły, ponad sześćdziesięcioletni mężczyzna jest nierozerwalnie złączony z panem Quinem. Wydaje się, że jeden bez drugiego nie mógłby istnieć.

Pan Quin pojawia się w pierwszym opowiadaniu Nadchodzi pan Quin i zadamawia się na następnych jedenaście. Wtedy pan Satterthwaite rozwiązuje tajemniczą sprawę sprzed dziesięciu lat. Tak to właśnie jest, że do sedna sprawy i do rozwiązania zagadki doprowadza zawsze przesympatyczny starszy pan. A jaka jest rola pana Quin? Stanowi on pewnego rodzaju inspirację i motywację do podjęcia wysiłku intelektualnego, do spojrzenia na sprawę pod zupełnie innym kątem. Później samo pojawienie się Qiuna, a nawet wzmianka o tym, że ktoś widział postać do niego podobną, jest dla pana Satterthwaite'a wskazówką, że coś się musi wydarzyć. Coś z czym on będzie musiał sobie poradzić, czemu będzie musiał stawić czoło.
Tak to już jest z opowiadaniami - jedna są lepsze, drugie gorsze. W tym przypadku jest podobnie. Większość przedstawionych sytuacji była dość przewidywalna. Właściwie każda z opowieści miała w tle historię miłosną. Niektóre dotyczyły starych tajemnic, których nikomu nie udało się rozwiązać. Nieodmiennie jednak szczęśliwe zakończenie pozwalało bohaterom dramatu na powrót do normalnego, spokojnego życia. Z tego schematu wyłamało się tylko ostatnie opowiadanie, po którym postać tajemniczego pana Quina stała się jeszcze bardziej tajemnicza.

Książka ta jest dla mnie jedną z najsłabszych książek Agathy, które do tej pory przeczytałam. No cóż, każdy pisarz ma lepsze i gorsze dni. Każdy też czytelnik ma odmienny gust (o którym przecież się nie powinno dyskutować). Na pewno znajdzie się taki, który lepiej doceni ten zbiór opowiadań. A poza tym myślę, że miłośnicy twórczości pani Christie powinni przeczytać jak najwięcej jej utworów. Dlatego też książkę tę polecam. Natomiast uważam, że Ci, którzy jeszcze nie znają jej twórczości od tej pozycji zaczynać nie powinni.

Moja ocena: 3+/6 (mimo sentymentu dla kochanej Agathy)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...